Obudził się cały zlany potem, usiadł na skraju łóżka, po cichu, aby nie budzić żony. Włączył lampkę, popatrzył na zegarek 3:20. Właściwe to się dziwił, że udało mu się zasnąć. Po porannym telefonie, zasnąć nie powinien. A jednak fizjologia ma swoje prawa. Henryk spał snem sprawiedliwego, co w jego sytuacji zakrawało na kpinę. Ukrył głowę w dłoniach, pomasował łysinę i znowu wtulił się w poduszkę. Wiedział, że już nie zaśnie. W bezruchu wytrwał do świtu.
Rano nic nie zjadł, żonie powiedział, że to chyba wrzody. Zadziwiająco łatwo dał się przekonać na wizytę u lekarza. I to nie u syna Leszka tylko u porządnego gastrologa. Wymknął się z domu niepostrzeżenie, nie samochodem odjechał kilka ulic dalej, a potem zamówił taksówkę. Nie mógł prowadzić, zbyt mocno trzęsły mu się ręce.
Na uczelni przemykał się ukradkiem. On, pogromca kolejnych roczników, egzaminator –likwidator tym razem szybko wbiegał na schody. Gdyby ktoś uważnie mu się przyjrzał, mógłby zdziwić się zachowaniem profesora. Ale nikt nie patrzył, choć sam profesor czuł na plecach co najmniej kilkadziesiąt spojrzeń. To tylko wyobraźnie powtarzał sobie, ale jego racjonalizm był mało przekonywujący. Właściwe nie przekonywał go wcale.
Na schodach spotkał przyjaciela, Janusza:
- Witam Heniu, słyszałeś
- Co?- Marian każe składać oświadczenia lustracyjne, dzisiaj wszyscy o tym trąbią
- No i jak nastroje ?-spytał przełykając ślinę
- No jak zwykle, czarni się cieszą, czerwoni mają pietra, a różowi czytają gazetę wyborczą, he, he, a ty ?
- Co ja?
- A ty co na to ?
- Nie wiem Janusz, jeszcze o tym nie myślałem, zresztą spieszę się, serwus-powiedział i czmychnął na dół.
Nie mógł już wytrzymać. Chyba odwołam dzisiaj zajęcia. Ale jak odwołam to się zaczną domyślać. Co robić? Rozmyślania przerwał odgłos komórki.
- Halo witam Panie profesorze
-Witam panie redaktorze, dzwoni Pan chyba przed czasem
- Mamy problem, pańską teczkę dostała tez konkurencja, więc musimy się spieszyć
- Jak to ?
- Ano tak, zaraz idzie do druku, wiec powtórzę pytanie był Pan TW ROD, czy nie?
- Nie, nie byłem, tzn. byłem ale nie donosiłem, a w ogóle odpierzcie się od mnie.
Rozłączył się i całkowicie wyłączył komórkę. Teraz było już mu wszystko jedno. Usiadł na ławce i zaczął wspominać. Było lato 1977 r. W okropnym upale spacerował w zapiętej po szyje kurtce. Wyglądał jak idiota. Musiał wzbudzać ciekawość i wzbudził. Zatrzymał go patrol policji. Zza pazuchy wyleciała bibuła, milicjanci tylko się uśmiechnęli. Nawet mili pomyślą sobie, ale zaraz dostał pięścią w brzuch. Zabolało, choroba wrzodowa tylko ten ból potęgowała.
Przesłuchanie było krótkie, dwa lata z recydywą w celi, ojciec i matka wywaleni z uczelni, albo podpis. Tylko kilka kartek co miesiąc, to chyba niewielka cena za wolność-słyszał to zdanie co chwila. Nie myślisz chyba, że wy tu nam ustrój zmienicie-śmiał się gruby ubek dzwoniąc łyżeczką o dno szklanki.
Podpisał, bał się jak cholera.
Ale sumienie go ruszyło, jak wybrnąć z sytuacji, tylko o tym myślał przez następny miesiąc. Zwierzył się koledze, Jarek zawsze coś wymyśli. I nie zawiódł się, mieli razem zmyślać raporty, tak przeplatać niegroźne informacje ze zdarzeniami fikcyjnymi, aby nikomu nie zaszkodzić. Szło świetnie.
Do czasu gdy okazało się, ze Jarek jest prawdziwym donosicielem, a informacje które zmyślał w raporcie Henryka, są jak najbardziej prawdziwe. Nie miał pojęcia, że Jarek pisząc o zwyczajach, upodobaniach i niegroźnych wydawałoby się dziwactwach kumpli z akademika pisze prawdę. Henryk w akademiku bywał rzadko, miał już dziewczynę, a picie wódki coraz bardziej go nużyło. To samo w pracy, spisane rozmowy i charakterystyka pracowników nie była przypadkowa, ona była prawdziwa. Jak mógł tego nie zauważyć.
Donosicielstwo Jarka wykryli inni, Henryk do końca niczego się nie domyślał. Gdy się dowiedział zlał przyjaciela na oczach całej ulicy, na oczach jego syna. Chciał go upokorzyć i udało mu się…
Nigdy więcej się nie spotkali.
Teraz Jarek jest jedynym świadkiem mojej historii-pomyślał i zrobiło mu się nie dobrze. Wstał i chwiejnym krokiem poszedł do domu
Następnego dnia pobiegł rano po gazetę, kupował nie patrząc w oczy ulubionej kasjerce. Ręce trzęsły mu się jeszcze bardziej. Czytając tekst nie mógł się skupić, musiał czytać go kilkakrotnie. Nagle zadzwonił telefon
- Heniu to ja Sławek.
Co u licha chce ten szpicel, przecież niedawno wywali go za kapowanie z uczelni-pomyślał
- Sławek? witam co u ciebie
- Bardzo dobrze, że się nie przyznałeś, przecież wszystkich nas zastraszali, nikomu nie szkodziliśmy
- Ale ja naprawdę nikomu nie szkodziłem, to tylko tak wygląda
- Taaaaak, u mnie to samo, ja nikomu nie szkodziłem.
Odłożył słuchawkę, otworzył szufladę, po raz pierwszy od 10-u lat zapalił papierosa…


Komentarze
Pokaż komentarze (9)