Abstrahując (a może i nie) od potrzeby reform, brak inicjatywy ustawodawczej państwa, powinien niepokoić zarówno socjalistów jak i gospodarczych liberałów. Tych pierwszych, bo państwo nie „produkuje” ustaw proscocjalnych (więcej i więcej świadczeń), tych drugich, bo państwo nie „doreguluje”, nie „samoogranicza” swych kompetencji na rzecz jednostki. Liberałowie, którzy uznają, iż państwo zbyt mocno ingeruje w gospodarkę, chcą, rzecz jasna, tej ingerencji mniej, ale owo „mniej” możliwe jest jedynie w drodze „liberalnej nowelizacji” czyli w drodze ustawodawczej. Wszak zniesienie ustawowych obowiązków niemożliwe jest w innym trybie. Obie strony chcą więc ustaw, tyle że zupełnie o innej treści.
Utarło się (zwłaszcza w internecie), że „lewicowe myślenie” zakłada, iż państwo wie lepiej od jednostki i państwo na siłę wprowadzi swój model dobrobytu, bo otumaniona (przez kogo?) jednostka nie jest sama w stanie zrozumieć czego jest jej potrzeba. Tymczasem, załóżmy przykładowo, że państwo, zgodnie z tezą liberałów, postanawia zliberalizować jakąś dziedzinę (a więc uchwalić liberalne prawo), mimo iż dziedzina ta została wcześniej przez to państwo (pod innymi rządami, rzecz jasna) uszczęśliwiona ingerencją socjalną. I oto w przededniu danej reformy zaczynają strajkować robotnicy, którzy znajdują zrozumienie dla swych postulatów wśród społeczeństwa (patrz pielęgniarki).
Retoryczne pytanie jakie należy więc zadać, brzmi czy państwo, które liberalizuje na siłę, wbrew woli większości jednostek, nie wydaje owym jednostkom komunikatu: to my wiemy lepiej, bo wy otumanieni (przez kogo?) robotnicy i wy otumanione społeczeństwo nie wiecie, co to jest szczęście i dlaczego Keynes się mylił? Czy państwo wprowadzające liberalne reformy wbrew woli, nie jest państwem lewackim, które w swym zadufaniu nie respektuje woli jednostek? Czy bez względu na treść ustawy, forma wprowadzania go wbrew woli większości, jest lewackim myśleniem, czy po prostu jest zamordyzmem właściwym wszystkim? Owszem, można podnieść argument, że państwo liberalizujące daną dziedzinę, to władza mająca mandat od społeczeństwa, a więc działająca w imieniu większości, ale to by oznaczało, że ta sama władza, która wcześniej w daną dziedzinę nam ingerowała, też owy mandat posiadała. Ten argument, jak widzimy, działa nam w obie strony.
Niektórzy liberałowie (jak nieoceniony Korwin Mikke) w swej krytyce demokracji podnoszą argument, że lud jest głupawy, że nic nie rozumiem, że ludem trzeba kierować, a nie dawać mu władzę. Bez względu na to kto owym ludem miałby kierować, przyznać trzeba, że tu zadufanie decydenta (czyli państwa) byłoby jeszcze większe i jeszcze dobitniej lekceważyłoby się wolę jednostki. Tym samym, aby utrzymać tezę, iż jedynie lewacy uszczęśliwiają na siłę, liberałowie muszą do swych reform przekonać większość społeczeństwa. Jeżeli na dzień dzisiejszy owa większość do liberalnych reform przekonana nie jest, to nie tylko liberałowie ponoszą klęskę, ale muszą także przyznać, że obecna, socjalna ingerencja państwowa, nie idzie wbrew woli większości (wszak ta jest nieliberalna). A skoro nie idzie, to nie może być „lewicowym myśleniem”. Przynajmniej co do formy.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)