W obliczu nieuchronnego kryzysu gospodarczego (aż tak prowincjonalni wszak nie jesteśmy) stać nas na wprowadzenie kolejnego dnia wolnego od pracy, czyli na stratę, bodajże 4 miliardów złotych. Stać nas także by to posłowie nam nakazali kiedy mamy świętować i żeby to było święto Trzech Króli, a nie np. Wielki Piątek czy Wigilia, gdyż jak wiemy jest jakaś hierarchia świąt katolickich i wszyscy się jej powinniśmy trzymać. Stać nas wreszcie na stratę prof. Wolszczana, który donosił „zaledwie” na elektryków kitrających walutę w kieszeniach i na utratę dr Garlickiego, któremu przypadkiem „zaszyło się” chustę w ciele pacjenta. Na to wszystko nas stać. A na co nas nie stać?
Ano, nie stać nas obcięcie budżetu dla IPN-u, bo kto wówczas organizowałby promocję autorom, którzy mimo swej erudycji (i talentu) jakoś nie potrafią sprzedawać swych dzieł bez pomocy grosza tfu, tfu publicznego. Jak więc uratować IPN przed nagonką, obławą i szczuciem? Strategia, przynajmniej na dzień dzisiejszy, wydaje się być dwojaka. Pierwszy sposób to tzw. wrzutka, stosowany choćby przez mecenasa Mularczyka, bądź Gazetę Polską, co jednak na jedno wychodzi. Wszak jakoś tak się złożyło, że kluby GaPola mieszczą się nie gdzie indziej, jak właśnie w biurach polityków PiS. Mechanizm wrzutek znany jest i lubiany, ot bierze się jakiegoś znanego profesora np. astronoma i w odpowiednim momencie, przypadkiem, rzecz jasna, ujawnia się, iż był agentem. Nazywa się to dotarciem do materiałów i sprowadza się do umiejętności otwierania Outlook’a, bądź wpuszczania listonosza za próg redakcji.
Nieco bardziej skomplikowana jest strategia druga, a mianowicie strategia „na dysydenta”. Bierze się więc osobę kontrowersyjną i proponuje dymisję, wymuszoną obrzydliwymi naciskami politycznymi. To, że politycy dzwonią, krzyczą i tupią jest polskim standardem, toteż nie trudno znaleźć taką rozmowę, w której padło kontrowersyjne nazwisko, bez względu na to w jakim to było kontekście. Potem tzw. obiektywnie zaprzyjaźnione redakcje (istnieje coś takiego, ale tylko na prawicy) puszczają w Polskę wywiady, artykuły, domniemania i analizy, protestując przeciwko temu, aby z publicznego stanowisku wyrzucono kogoś, komu polski rząd przestał już ufać. Jak wiadomo istotą stanowisk w budżetówce jest to, by jej pracownicy pracowali na rzecz opozycji. Zdaje się, że nazywa się to apolitycznością. Przy całej tej awanturze w obronie bezbronnych, zawsze przyda się jakiś autorytet życiowy (nie mylić z moralnym), który zakrzyknie z parnasu, żeby się wszyscy opamiętali, bo to już jest PRL. W Polsce, naturalnie, wszystko się z PRL musi kojarzyć, choć czasami kojarzy się też
z Hitlerem i nazywane jest szerokimi, antysalonowym horyzontem myślowym, a nawet zdolnością syntezy. Na końcu tych krzyków i gwałtów, instytucja, z której dysydenta wylano, publikuje oficjalne dementi, które oczywiście jest bez znaczenia. Ta sama instytucja, w tym samym składzie i pod tym samym kierownictwem, może być bowiem raz wiarygodna, a raz zupełnie kłamliwa, w zależności od tego, co komu akurat do tezy pasować musi.


Komentarze
Pokaż komentarze (25)