Od czasu do czasy moi ukochani czytelnicy, moje gotowane paróweczki w ukropie, dają wraz swemu zdziwieniu jakoby taki matołek jak ja, była aż absolwentem prawa i to Uniwersytetu im. samego Adama Mickiewicza. Jak to możliwe – pytają , że jesteś prawnikiem, a nie nauczono cię gramatyki, dobrych manier, a przede wszystkim zasad moralnych. Paróweczkom wydaje się, że prawnik to taki stateczny mecenas przy ciężkim biurku z koniecznie zieloną lampką. Efekt tego kiełbasianego jadu wirtualnych przesądów zawdzięczamy, rzez jasna, hollywoodzkim produkcjom, bo przecież nie kontaktom osobistym z plejadą palestry. Wszak życie w PRL to obóz koncentracyjny, a dziś prawnicy to sitwa, czyli znów ktoś paróweczkom naopowiadał bajek o prawnikach z marmolandii nad Wisłą.
Tymczasem absolwent prawa, jest jedynie kimś, kto skończył wyższe studia prawnicze zdając egzaminy i broniąc napisanej pracy magisterskiej. Na studiach prawniczych nie uczą jak pisać posty, jak jeść sztućcami, ani czy się myć pod prysznicem czy w wannie. Uczą prawa i do tego nie zawsze skutecznie. Tymczasem jeżeli wobec magistrów prawa, tak wielkie są wymagania, to dopiero wobec akademickich nauczycieli. I tak choćby Pan Tomasz Terlikowski błysnął dziś frazą bezwstydnym Wolszczanie, co nie może być nauczycielem, bo donosił do Sb. Sam na miejscu Pana Tomasza z moralnym passusem bym trochę się wstrzymał, ot niech choć córka Pana Tomka dorośnie i spyta tatę dlaczego po 89 r pracował i nabijał Sbeckiemu kapusiowi kabzę, bo chyba Marek Król za takiego musi być przez Pana Tomasza uważany. Skoro Wolszczan nie może być twym nauczycielem, to chyba Król nie może być twym pracodawcą, ale z drugiej strony być może kapusiowe nie śmierdzi.
I tak jak od studenta wymaga się by się uczył, tak od nauczyciela wymaga by nauczał, a nie był autorytetem moralnym, bo jeżeli ktoś takowych zapragnie, to jest w Polsce kilka gazet, które mają na podorędziu swoich tytanów duszy. Jęk redaktora Terlikowskiego jest więc wołaniem nie o autorytet, ale o autorytet moralny, czyli o te zastępy, co tak niemiłosiernie są wyśmiewane w Wyborczej. Nie spotkałem żadnego autorytetu na studiach (może się gdzieś chował) i trudno abym miał postępować tak jak jakiś profesor tylko dlatego, że ten zna się na prawie pracy albo kodeksie spółek handlowych. Ktoś kto traktuje naukowców jak księży, powinien sobie jednak zdać sprawę, że mimo wszystko jak na razie, nie każda uczelnia to Katolicki Uniwersytet Lubelski.
Dlatego nie mam moralnego kaca, gdy prof. Wolszczan okazał się być „kapustą”, bo nawet gdybym chodził na jego wykłady, to sam fakt, że jest ektraastronomem nie oznacza, że ma być jakąś życiową latarnią. Teraz prof. Wolszczan się obraża na Polskę i na Polaków, w tym także może i tych, na których donosił. Kto wie być może powinien tych elektryków, na których kapował o prostu pozwać, za to, że ci nie padają na kolana przed facetem co remontował teleskop Hubble’a czy coś tam innego.
Całe to oświadczenie profesora pełne jest jakiś dziwnych sprzeczności, skrótów myślowych i niedorzeczności. Zgadzam się, że trafna jest konstrukcja myślowa, że istniały rozmowy formalne z SB i rzeczywista współpraca. Kto tak nie myśli, musi i Herberta uznać za nieświadomą kapustę, bo skoro nie było rozmów nieważnych to i Herbert komuś zaszkodzić mógł. Zgadzam się, że profesor rozmawiać musiał, by robić karierę, ale nie musiał kapować, to jest ta zasadnicza różnica, której chyba Wolszczan nie zauważa.
Tak, jestem za lustracją, ale wciąż nie wiem jak ją przeprowadzić. Otwarcie archiwów ujawni obyczajówkę co skrzywdzi bohaterów. Zaciemnianie teczek jest pewnie cholernie skomplikowane i ten kto to robi narazi się na zarzut grania hakami i cenzurowania historii. No i kto będzie nadzorował Pana z zakreślaczem? Nie wiem też czemu donosy na bohaterów miałyby ujrzeć światło dzienne wbrew owych bohaterów woli. Ale to są szczegóły, sprawy techniczne, które przez jednych są ostentacyjnie lekceważone, a drugim pozwalają wylewać dziecko z kąpielą.


Komentarze
Pokaż komentarze (32)