Gdy Rafał Ziemkiewicz bierze się za krytykę literacką, być może nie będzie ciekawie, ale za to dość śmiesznie. Wesoło było gdy przedwojenne Wiadomości Literackie miały propagować komunizm, oraz gdy Brecht ma być dziś wyciągany spod zwałów śmiecia. Dziś Pan Rafał przy okazji pisania, że Houellebecq mu nie zaimponował (no bo niby czym?), chciał inteligentnie kopnąć Kazimierę Szczukę, przyrównując jest ideologiczne recenzowanie do recenzji Chaty wuja Toma: Czytałem kiedyś, dawno temu, opinię postępowego krytyka z USA, że William Szekspir jest nędznym grafomanem albowiem prezentuje punkt widzenia białego patriarchalnego mężczyzny, natomiast najwybitniejszym dokonaniem amerykańskiej literatury jest „Chata wuja Toma”, właściwie naświetlająca kwestie emancypacji ludności kolorowej.
Jak widać kopnąć się Szczukę udało, pytanie tylko czy inteligentnie. Gdyby Pan Rafał czytał nieco więcej o amerykańskich recenzjach i to nawet nie po angielsku, mógłby np. w przetłumaczonych na język polski „100 zakazanych książkach”, przeczytać iż:
W późniejszych latach Chata Wuja Toma borykała się z cenzurą w różnych krajach, wzbudzała także protesty w Stanach Zjednoczonych, ponieważ zdaniem wielu osób zawierała treści rasistowskie. Jak pisze Haight, w roku 1955 w Bridgeport w stanie Connetcicut „udramatyzowan wersja powieści (…) wzbudzała protesty czarnych obywateli jako karykatura rzeczywistości”.
Przyznać trzeba, że jak na kogoś, kto ponoć błyskiem intelektu przeszywa wszelkie postępowe zbrodnie i okrucieństwa, Ziemkiewicz nie jest zbyt na bieżąco, wszak Chata Wuja Toma właściwie nie naświetlała kwestii emancypacji ludności kolorowej, jeszcze zanim się Ziemkiewicz urodził.
Argument odwoływania się do Zachodu, traktowany jest przez strażników konserwatywnego dogmatu w sposób dwojaki. Pierwszy taki jak u Ziemkiewicza, czyli pokazując jego degrengoladę i naszą, konserwatystów wyższość, drugi wskazujący wyższość Zachodu, tam gdzie jeszcze zostało coś z konserwatyzmu, nawet gdyby był to konserwatyzm pudrowany wolnością gospodarczą. Co ciekawe, oba argumenty rzadko idą w parze, bo gdyby w parach ze sobą chadzały, to być może ktoś wpadły na genialny pomysł, że system prawny w krajach Zachodu stanowi pewną całość, z której nie można wyjmować konkretnych cegieł, bo się cała aksjologia może w ten sposób zawalić. I tak gdy konserwatysta mówi o Szwajcarii, to podkreśla prawo do noszenia broni, ale zapomina wspomnieć o tym, że ta sama Szwajcarii dopuszcza także eutanazję, wszak skoro ludzi nie traktujemy jak dzieci, to bądźmy konsekwentni do końca. Rzecz jasna, powoływanie się na anglosaską prasę, jest dziś łatwiejsze, ale jednocześnie łatwiej sprawdzalne, więc kłamstewka o zakazach mówienia mama i tata, można dość łatwo zweryfikować u źródła.
Sam fakt porównywania Polski do krajów tej nędznej Europy, czy jednak niekatolickich Stanów, może być zrozumiały w przypadku zbrodniarzy postępu, a nie osób które opiewają polskie łąki i wierzby płaczące. Tymczasem przy każdej jaskółce antylewackiej nadziei (Ron Paul, Sarah Palin) zrywają się do lotu nasi komparatyści, dla których dotychczasowy Zachód z dnia na dzień przestaje być siedliskiem zła, tudzież relatywizmu i staje się tym, czy dotychczas był dla postępowców. Dzieje się tak najpewniej dlatego, iż polskie kompleksy dotykają obu strony ideologicznego sporu w sposób niemalże identyczny, tyle tylko, że konserwatyści nie potrafią się do tego wprost przyznać. Stąd takie oburzenie przy aferze Wolszczana, bo Wolszczan z całym swym dorobkiem choć minimalnie te kompleksy leczyć potrafił.


Komentarze
Pokaż komentarze (26)