Przyznam się szczerze, że miałem nie pisać o plugawych zapasach Dorna z Kaczyńskim, choć pomysł zaskarżenia Kaczyńskiego do sądu koleżeńskiego wydaje mi się wyborny. Ot teraz albo ów sąd grzebanie w prywatności przyklepie albo uszczypnie prezesa. Owszem, gdybym był katolikiem, publicznie spytałbym się czy Dorn, Gosiewski i paru innych kolegów przystępuje do Komunii Świętej. Wszak katolicy ponoć nie chcą spychać swej wiary do getta prywatności, więc chyba publicznie zapytać można. Ale katolikiem się jakoś nie czuję, więc się nie będę pytał. W całej tej brukowej dyskusji zaciekawił mnie jednak pewien passus. Piszedziś Dorn:
Nie chcę mieszać spraw osobistych z polityką, ale jestem do tego zmuszony. W wypowiedzi z 24 września p. Kaczyński sformułował osobliwą moralną doktrynę zobowiązań rodzinnych, którą członkowie partii winni realizować pod groźbą wykluczenia z PiS. Po pierwsze, że decyzja o urodzeniu kolejnego dziecka nie może obniżać standardu materialnego już urodzonych dzieci (jest to jeden z głównych argumentów za aborcją i szeroko rozumianą antykoncepcją wysuwany przez najbardziej prymitywnych intelektualnie zwolenników takich rozwiązań). Po drugie, że w rodzinie obowiązuje specyficznie rozumiane ordo caritatis, czyli że potrzeby (także materialne) dzieci urodzonych wcześniej mają pierwszeństwo przed potrzebami dzieci urodzonych później. Oba te punkty są nie do utrzymania ze względów moralnych i logicznych, chyba że p. Kaczyński w ramach swojej doktryny uznaje, że potrzeby dzieci z pierwszego związku mają pierwszeństwo przed potrzebami dzieci z następnego związku. Wtedy jego doktryna broni się z punktu widzenia logiki natomiast moralnie jest nadal niegodziwa.
Być może rzeczywiście jestem najbardziej prymitywnym zwolennikiem antykoncepcji, ale faktycznie bardziej przejmuje mnie los dzieci już urodzonych, niż tych planowanych. Planowanych, bo zanim Pan Dorn kolejny raz został ojcem, zdawał sobie sprawę z ciężaru alimentacyjnego i gdyby zechciał to kolejne dziecko mógłby sobie darować. O wyborze i kwestiach finansowych mówić powinniśmy bowiem nie w momencie narodzin, tylko w momencie podjęcia decyzji o płodzeniu potomstwa, czy może jeszcze wcześniej w momencie seskuaneg zbliżenia. To właśnie wówczas każdy rodzic staje przed wyborem: czy na dziecko mnie będzie stać. Weźmy hipotetyczną sytuację, że co dwa lat Pan Dorn płodzi potomka, a jego zarobki nie rosną. Z każdym porodem, dzieci Pana Ludwika otrzymają więc mniej. Gdzieś tak około 2020 może więc Panu Ludwikowi w ogóle zabraknąć gotówki i dzieci w ogóle nie dostaną od ojca pieniędzy. Dlatego w swym prymitywizmie uważam, że jeśli kogoś nie stać na utrzymanie dzieci to powinien stosować antykoncepcję, bo jednak wyżej cenię potrzeby dziecka narodzonego niż potrzebę nasienia „marnowanego” w prezerwatywie. I dlatego popieram pomysł wprowadzenia wychowania seksualnego do szkół, które mieć powinno tyle wspólnego z religią, że tak jak religia, powinno być lekcją dla chętnych.
PS Obersturmfuhrer Nicpoń stwierdził dziś, że Tadeusz Iwiński ma obrzydliwy wygląd, przez co nie powinno mu się podawać ręki. Może i rzeczywiście jest to jakaś prawicowa prawda, pytanie tylko czy nie podawać ręki powinno się także innym?


Komentarze
Pokaż komentarze (4)