Zgodnie z obietnicą piszę o egzaminach na aplikację, które (co w Polsce jest normą) wywołały burzę z racji swej morderczej skali trudności. Egzaminu na aplikację adwokacką, bo ta hipotetycznie najbardziej mnie by zainteresowała, nie zdałem. Poświęciłem te dwie godziny i rozwiązałem test. Otrzymałem 139 punktów, czyli do 190 (na 250 pytań) trochę zabrakło. Do testu podszedłem na świeżo, bez żadnego przygotowania, większość kodeksów czytałem po raz ostatni gdzieś tak 4-5 lat temu, mojej (dość wąskiej) specjalizacji zawodowej dotyczyło zaledwie jedno pytanie.Wobec tego śmiem twierdzić, że dla kogoś, kto się uczył na studiach i miał 3 wakacyjne miesiące na przygotowanie, ten test był do przejścia. Choć był ten test pisany pod studentów, co otrzymywali stypendium naukowe, co byli na tyle zdeterminowani by zakuwać, zamiast walić gorzałę i co przez wakacje, często kosztem swej pracy, kombinowali jakieś lewe zwolnienia, by się przygotować. Ten test był do zdania, dla kogoś, kto obkuł podstawowe kodeksy, a strzelając kierował się logiką i wyczuciem intencji prawodawcy. Pytanie tylko czy akurat test na aplikację powinien stawiać tak wysoką (?) poprzeczkę?
Odpowiedź brzmi: to zależy. I tak okazało się, że ci wszyscy absolwenci, co to ponoć są tak świetnie przygotowani, by tuż po studiach brać się za bary ze starymi, nienadążającymi mecenasami, są po prostu n i e d o u c z e n i. Ten test pokazał, że ci wspaniali absolwenci prawa, którym chciano otworzyć drzwi do adwokackiego raju, przy pierwszym spięciu na sali sądowej, by sobie nie poradzili. I po kieszeni, a może nawet bardziej, odczuliby to ich klienci. Bo nie sztuką jest napisać pozew, gdy gotowe formularze można ściągnąć sobie w sieci, ale sztuką jest reagować na sali sądowej. A tam czasu na wertowanie Lexa nie znajdziesz. Ten test nie był testem sprawdzającym poziom nauczania na uniwerkach, tylko sprawdzający wiedzę. I wypadł bardzo słabo. Tak był trudny, ale właśnie tak powinien wyglądać test, gdy ktoś aspiruje, do bycia adwokatem tuż po studiach. Z tego punktu widzenia poziom trudności nie był za wysoki.
Z drugiej strony, ci co zdawali ów test, wcale do powyższego nie aspirowali. Oni chcieli po prostu dostać się na aplikację i dopiero po jej ukończeniu móc samodzielnie występować przed sądem. Fakt, tyle tylko, że zostali do tego zmuszeni, bo przecież innej drogi na dzień dzisiejszy nie ma. Podejrzewam, że gdyby mieli prawo wyboru, to większość z miejsca orzekłaby, że wykształcenie uniwersyteckie wystarczy by być adwokatem. Test, do którego absolwenci się ponoć mieli przygotować, tezy tej nie potwierdził.
Adwokat trochę jest jak taksówkarz, musi bezpiecznie przewieźć cię przez meandry kodeksów, przepisów, ustaw. Tak jak taksówkarz potrzebuje wiedzy teoretycznej (studia) i wiedzy praktycznej (aplikacja). Aplikacja – czyli szkolenie praktyczne jest konsekwencją teoretycznego szkolenia na uczelniach. Ktoś praktycznie szkolić musi. Skoro nie robią tego na uczelniach, musi to robić ktoś inny. Chcącemu nie dzieje się krzywda – mówią przeciwnicy aplikacji, niech klient sam decyduje i bierze absolwenta bez aplikacji. Tyle tylko, iż, po pierwsze klient domniemywa, iż absolwent ma wiedzę, po drugie gdy klient spostrzeże swój błąd, może być już za późno i wreszcie po trzecie najbogatsi i tak nie wezmą nikogo zaraz po studiach. Przeciętny Kowalski nie za bardzo orientuje się w całej sprawie
i wykłada kasę myśląc, że dostanie taniego fachowca. Dostanie, tyle że absolwenta. No i skoro adwokatem można być bez aplikacji, to chyba również można bez studiów prawniczych, nieprawdaż?
Minister Ćwiąkalski podniósł poprzeczkę, która dramatycznie była zaniżona. Konsekwencją tego był fakt, że z świeżo upieczeni aplikanci z wywieszonym jęzorami kolędowali po prośbie szukając patrona. Gosiewski i Ziobro otworzyli drzwi, zapominając, że przeciąg może powybijać szyby. Ćwiąkalski wyraźnie poszedł w odwrotnym kierunku, chcąc dostosować liczbę aplikantów do liczby patronów. W tym celu dał trudny test, czego nota bene się można było po nim spodziewać (Jagiellonka zobowiązuje). Tymczasem zamiast wylewać dziecko z kąpielą, wystarczyło zmienić zasady patronatu. Niechby z tych paru tysięcy złotych płaconych corocznie za aplikację, połowa szła do kieszenie patrona, niechby patron był kimś takim, jak opiekun przy pracy magisterskiej, niechby minister robił trudny test skupiając się na procedurach, a nie na prawie o ochronie środowiska czy prawie upadłościowym. Skoro patroni są problemem węzłowym przy aplikacjach, to tu trzeba szukać reformy, a nie w próbach kombinacji testów z ujemnymi punktami, co daje wstęp na aplikację tylko dla prymusów. Jeżeli więc test ma być tylko przepustką na aplikację, a nie uprawnieniem do automatycznego prawa wykonywania zawodu (nawet w ograniczonym zakresie) to test ten może być uważany za zbyt trudny. Aczkolwiek, jak podkreślam, był on do zdania.
Nie uzyskałem magicznych 190 punktów, bo się do egzaminu nie przygotowałem, stwierdziłem, że nie ma sensu iść na aplikację. Po co, skoro pisze właśnie doktorat.


Komentarze
Pokaż komentarze (43)