A jednak mimo socjalistycznej lewatywy, istnieje jeszcze oaza wolnego rynku, gdzie to wola kontrahenta ma być przyczyną sprawcza porządku świata, a Państwizm wole tę będzie wreszcie szanował. Tym krajem jest praworządny Singapur, który jak podały media, parę tygodni temu, zastanawia się nad możliwością handlu ludzkimi organami. Schorowany singapurski biznesmen kupił sobie bowiem nerkę od dobrowolnego dawcy, ale moralna Państwbździcha go dopadła i wlepiła mu wyrok. Pora najwyższa to zmienić.
Już sama możliwość wtrącania się Państwświni do tego, kto jakie ma zawierać umowy cywilnoprawne, wydaje się być jakąś ideą bolszewickich pomiotów. Obserwujemy to zresztą na co dzień, gdy urzędnik bruździ obgryzionym paluchem w naszym prawie własności. A przecież skoro Państwścierwo nie może nic mieć do mojej własności, to chyba tym bardziej do mojej wątroby, śledziony czy nerki? Co im z ministerstwa do tego, że ktoś towar swój, tudzież od kogoś kupiony, chce sprzedać, a drugi che towar ten kupić. Czyżby Państwsuka wiedziała lepiej, co się ekonomicznie bardziej opłaca? Zostaje jednak analogia do problemu aborcji, czyli z rzekomym życiem. Jednakże nerka, choć ma o niebo więcej komórek niż embrion (zwany także dzieckiem) bynajmniej za nowe życie nie jest uznawana. I nie tylko dlatego, że tak jak embrion, nie potrafi recytować matce wierszy prosto z macicy, które to potem można poczytać w antyaborcyjnej bibule. Oczywiście handlować nie musi każdy, katolik może np. nie handlować, tak jak w piątek nie je hamburgerów i współżyje tylko w celu płodzenia potomstwa (adin, dwa, tri, … spasiba). Skoro zaś kontrahenci mogą umówić się, co do nerki, to powinni też móc się umówić, co do możliwości pozbawienia życia (eutanazja) i nic Państwmendzie do tego na jaką stawkę opiewa wolnościowa umowa.
Polska to jednak nie Singapur, Polacy nie azjatyckim dysponują rozmiarem, więc Państwniania wciąż musi się nami opiekować i mleka ulewać z cyca. Ot choćby przyjmując za nas nagrody ewentualnego Nobla z fizyki, gdyż niejako jest oczywiste, że Nobel jest nagrodą dla całego Narodu, zwłaszcza Narodu Polskiego. Istnieje nawet pewien rytuał szukania polskich korzeni u kolejnych zwycięzców, tyle że korzenie te często są obrzezane, toteż wciąż w wyścigu o miano wybranego narodu, nie możemy zwyciężyć. Ale każdy Nobel dla polskiego artysty albo Wisławy Szymborskiej, jest Noblem dla nas, dla was i dla ciebie chłopcze z jednostki karnej w Orzyszu. Każdy może więc zostać Noblistą, chyba że akurat Państwbukszpan strzeli Ci z liścia i Cię Nobla pozbawi. A skoro może pozbawić, to może też nie dopuścić do otrzymania, dlatego ci wszyscy co Nobla dla Wolszczszpiega nie chcą uznawać, powinni do Sztokholmu wysłać jakieś moralne papiery z protestem. Byłoby to zresztą działaniem zgodnym z polską tradycją, bo zdaje się, że ostatnio przy okazji Nobla dla Wałęsy, służba bezpieczeństwa też jakieś papiery wysyłała. Jeżeli więc ktoś, kto odpowiednią, klasową (?), narodową (?), jeżeli ktoś po prostu ma klasę, powinien mieć i polskie bezpieczeństwo na sercu i protest do Sztokholmu wysłać. Wszak, jak by tu nie gardłować, ale Szwecja propaństwową postawą nie gardzi. Jeżeli jednak lumepensocjoprosiaki protestów nie przyjmą, Państwkrowa może Nobla Wolszczankowi wyzuć, wypluć i zabrać, bo w końcu, umówmy się gdyby nie polskie geny to Wolszczaczek mógłby co najwyżej paść krowy Giertychów w Kórniku.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)