Wydaje się, że po tym jak nie tyle premier (dobry car, źli bojarzy), co minister Drzewiecki zdryfił, zdrzewił (?) przed kartelem Sepa Blatera, patriocie kochającemu Polskę do pełni szczęścia brakowało tylko by Wolszczan nie dostał Nobla. Ale i to się z Bożą (lub nie) pomocą udało, dzięki czemu czy to Dni papieskie, czy święto Nauczyciela, będzie można obchodzić z nieco lżejszym już sercem. Życzę porażek na wszystkich frontach – pisał swego czasu Waldemar Kuczyński i choć myśl tę wypaczono (w istocie szło o to, że każde zwycięstwo tego Układu to porażka Polski i zagrożenie dla wolności) to myśl Kuczyńskiego zrobiła w sieci furorę i miała być dowodem moralnej jego degrengolady. Polski patriota porażek nie życzy, on od roku z nich się po prostu cieszy, wszak skoro Nobel dla Polaka miał być sukcesem Polski, to brak Nobla musi być Polski porażką. A więc można już klaskać.
Niestety, mimo to, do pełni szczęścia nieco jeszcze brakuje, bo oto okazuje się, że brak Nobla dla Wolszczana, kładzie teorie o podejrzanych noblowskich zwyczajach. Miał być Nobel lewacką ekspozyturą, przereklamowaną nagrodą światowego salonu, miał być pieszczeniem lewicowych pupilów, a tymczasem Wolszczan Nobla nie dostał i cała teoria poszła się, znaczy się nie sprawdziła. W sprawie toruńskiego astronoma pech jest o tyle większy, że amerykańska uczelnia nie chce go wyrzucić, więc kapitalistyczne USA nie potrafią stanąć na wysokości zadania tak jak socjalistyczne Niemcy. Bo przecież z pewności Wolszczan rozważa powrót na niemiecką uczelnię, na której przebywał, bagatela, 30 lat temu, więc Rzeczpospolita tę uczelnię sprawdziła i wyszło jej, że Wolszczana nie wezmą. Nadal jednak nie wiemy, co o perspektywie przyjęcia Wolszczanie myślą na Politechnice Rzeszowskiej, Uniwersytecie w Białymstoku, oraz Wyższej Szkole Kultury Medialno-Społecznej w Toruniu.
Na pocieszenie jest jednak sprawa nieśmiertelnego Michnika, który nie lada przysmak sprezentował patriotycznej gawiedzi mówiąc IPNowi: sprawdzam, co ostatecznie go musi skompromitować. Trudno bowiem realistycznie rzecz biorąc, założyć, iż IPN nie piszę prawdy o ojcu Michnka, tudzież nie korzysta z archiwów bezpieki, nawet jeżeli, jak w przypadku Gontarczyka, są to zeznania wymuszone torturami. Musi mieć tedy IPN jakąś podkładkę, jakiś kwit choćby ociekający hemoglobiną, bo przyznać, że ktoś w tej instytucji kłamie byłoby podważeniem ipn-owskiego dorobku, a na to polska racja stanu sobie pozwolić nie może. Jeżeli jednak okaże się, że jakiś chochlik drukarski, tudzież sabotażysta poprzestawiał litery i dowodów na ojca Michnika nie ma, zawsze będzie można stwierdzić, że owszem postąpiło się nieostrożnie, że pewności nie ma i chodzi o szerszy kontekst, Kwaśniewski się upił w Charkowie, a IPN nigdy nie kłamie.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)