Jednym z ulubionych chwytów osób wierzących, jest taki myk, że rzeczywistość musi być brana na wiarę, że to co widzimy i słyszymy jest tylko nam dane i przedstawione (vorstellung), że w istocie może być czymś zupełnie innym, a zmysły i uczucia mogą nam robić psikusa. Stąd przykładowo teizm jakościowo się nie różni od scjentyzmu, racjonalizmu bo i tu i tu występuje pierwiastek wiary. Sęk w tym, że skoro może nas oszukiwać ucho i oko, to może nas też oszukiwać nas umysł, zwłaszcza, że to on przetwarza owe zmysły. A skoro umysł może oszukać, to może też nam zrobić psikusa i okaże się, że w ogóle nie wierzymy w Boga, że tylko nam się ta wydaje, albo że jesteśmy rozdwojeni, nic o drugim ego nie wiedząc, a wola nasza i dobre i złe realizuje uczynki. Ciekaw więc jestem czy gdy teiści nabijają się z nauki nie odrzucającej wiary (bo dowód, że 2+2 też ma być wiarą), to wiedzą, że nabijają się też faktu, że ich wiara w ogóle nie może być wiarą, bo może zupełnie nie istnieć. Albo więc mamy rzeczywistość i nie mieszczącą się w niej wiarę w byt ponadrzeczywisty, albo nie mamy niczego, żadnego fragmentu rzeczywistości, gdzie nie ma pewności że działa grawitacja, i że Ratzinger jest papieżem, co wierzy w Boga.
Piszę to sobie zupełnie nie wiedząc, czy ktoś to w ten sposób roztrząsał, ale myślę, że czasami nie wadzi zanotować sobie ułamek jakieś myśli, która niekoniecznie dotyka aktualnej …rzeczywistości.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)