Jako, że na temat konstytucji na salonie zabrali głos już chyba wszyscy i na jej gruncie niektórzy intelektualiści nawołują już do wojny, i ja postanowiłem dodać swoje trzy grosze, nawet ja to będą marne miedziaki. W całym tym sporze prawnym trzy zapisy konstytucji wydają się być kluczowe:
Art. 126
1. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem ciągłości władzy państwowej.
2. Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium.3. Prezydent Rzeczypospolitej wykonuje swoje zadania w zakresie i na zasadach określonych w Konstytucji i ustawach.
Art. 133.
1. Prezydent Rzeczypospolitej jako reprezentant państwa w stosunkach zewnętrznych:
1) ratyfikuje i wypowiada umowy międzynarodowe, o czym zawiadamia Sejm i Senat,
2) mianuje i odwołuje pełnomocnych przedstawicieli Rzeczypospolitej Polskiej w innych państwach i przy organizacjach międzynarodowych,
3) przyjmuje listy uwierzytelniające i odwołujące akredytowanych przy nim przedstawicieli dyplomatycznych innych państw i organizacji międzynarodowych.
2. Prezydent Rzeczypospolitej przed ratyfikowaniem umowy międzynarodowej może zwrócić się do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem w sprawie jej zgodności z Konstytucją.
3. Prezydent Rzeczypospolitej w zakresie polityki zagranicznej współdziała z Prezesem Rady Ministrów i właściwym ministrem.
Art. 146.
1. Rada Ministrów prowadzi politykę wewnętrzną i zagraniczną Rzeczypospolitej Polskiej.
2. Do Rady Ministrów należą sprawy polityki państwa nie zastrzeżone dla innych organów państwowych i samorządu terytorialnego.
Co z nich wynika? Moim skromnym zdaniem można to zapisać w postaci pewnego schematu: prezydent jest najwyższym przedstawicielem Rp (art. 126 ust. 1), swoje najwyższe przedstawicielstwo wykonuje w zakresie określonym w Konstytucji i ustawach (art. 126 ust. 3), w przypadku stosunków zewnętrznych tym określającym zapisem jest art. 133., który ogranicza owo najwyższe przedstawicielstwo jedynie do 3 punktów i we wszystkich tych punktach prezydent musi współdziałać z rządem. Wedle tej interpretacji prezydent owszem, jest reprezentantem w stosunkach zewnętrznych ale tylko w przypadkach umów międzynarodowych, pełnomocnictw i listów uwierzytelniających. W tychże trzech przypadkach wykonuje władzę wykonawczą razem z premierem (art. 10 ust 2) Wszystkie pozostałe działania to polityka zagraniczna zastrzeżona dla rządu.
Możliwa jest jeszcze druga interpretacja. Prezydent jest przedstawicielem RP, ale poza owymi trzema punktami, nie wykonuje polityki zagranicznej, bo zgodnie z art. 146 jest to polityka zastrzeżona dla rządu, a wedle art. 126 prezydent musi mieć wyraźny przepis, zezwalający mu wykonywanie polityki zagranicznej (np. art. 133). Ale mimo, iż nie wykonuje polityki zagranicznej, jest przedstawicielem RP, bo jest to nieodwołalne przedstawicielstwo konstytucyjne. W tym sensie prezydent jest więc symbolem, jego funkcja jest metaforyczna, (jak chce prof. Sarnecki) i nikt nie ma prawa w nią ingerować.
Bez względu jednak na to, która z interpretacji jest właściwa, należałoby więc uznać, że tak czy inaczej prezydent nie może (poza tymi trzema punktami) wykonywać polityki zagranicznej. Albo więc jak stwierdził dziś (uwaga reklama) w Toku Cezary Michalski, to co robi prezydent jest tylko udawaniem takiej polityki albo rzeczywiście jej prowadzeniem - czyli łamaniem Konstytucji. A więc albo oszukiwanie wyborców albo Trybunał Stanu? Piłeczkę zręcznie odbija prof. Krasnodębski, który przytomnie pyta w Rzepie czy wobec tego Aleksander Kwaśniewski prowadził politykę zagraniczną, bo zdaniem profesora prowadził, więc i Kwaśniewskiemu także należy się Trybunał Stanu.
I tu chyba dochodzimy do sedna, a mianowicie trudno uznać, żeby prezydent mógł wykonywać politykę zagraniczną tylko w przypadku tych trzech punktów wskazanych w art. 133 konstytucji. Wszak prezydent odwiedza zagraniczne kraje i przyjmuje zagranicznych gości co jest sferą polityki zagranicznej. Dlatego wydaje mi się, że trzy punkty z art. 133 odnoszą się tylko do czynności prawnych prezydenta, a czynności faktyczne w dziedzinie prowadzenia polityki zagranicznej są wykonywane właśnie na zadzie byciu przedstawicielem RP. Co jednak najważniejsze w ramach tego przedstawicielstwa prezydent nie może prowadzić polityki sprzecznej z wolą rządu. Tym samym aby nie łamać konstytucji może poruszać się jedynie w ramach wyznaczonych przez rząd, co aksjologicznie wydaje się słuszne. Rząd jest odpowiada bowiem przed władzą ustawodawczą, pośrednio więc przed suwerenem – narodem.
Czy rząd może odmówić prezydentowi samolotu? Nie, moim zdaniem nie może. I nie odmówił tylko zostawił sobie swój własny, a pilot drugiego zachorował. I choć nikt nie wierzy w nagłą chorobę, to z prawnego punktu widzenia trudno premierowi postawić jakiś zarzut. Ale wyjazdu Lechowi Kaczyńskiemu nikt nie zabrania, co nie zmienia faktu, że Tusk zachowuje się w sposób żenujący. Koszmarnie żenujący.
Całe to zamieszanie jest tylko kolejnym krokiem, przybliżającym nas do przecięcia wrzodu i wzajemnych męczarni, do rozwiązania by obrać jeden system prezydencki bądź parlamentarny. I można to zrobić bez dotykania całej sfery aksjologicznej, która obrosła orzecznictwem Trybunału i wywołałaby tajfun ideologiczny. Bo dziś Tusk nie może rządzić przez Kaczyńskiego Lecha, a jutro Kaczyński Jarek nie będzie mógł rządzić przez Donka Tuska. Grzegorz Napieralski w swoim salonowym debiucie pisał, że konstytucja była pisana z myślą o ludziach rozsądnych. Owszem konstytucja była pisana z myślą, tyle że z myślą o Wałęsie, którego ówczesny Kwaśniewski bynajmniej nie uważał za mędrca Europy. Utarło się jakieś dziwne przekonanie, że konstytucja jest wartością samą w sobie, że nie należy jej zmieniać. Owszem należy i to jak najszybciej, tylko że nikt się do tego nie pali, bo przecież to świetne dzieło jak nic nadaje się do bicia piany.
Zastanawiam się po co Tusk poszedł na tak silne zwarcie. Pomijając aspekty psychologiczne, być może po kilku spektakularnych wpadkach, chciał pokazać polityczne cojones? Być może chce Kaczyńskiego sprowokować? Być może jednak jest tak jak mówi (uwaga reklama) w Toku Andrzej Stankiewicz, że Donald Tusk wie, iż ugrał coś w sprawie stoczni i energii, i się nie chce dzielić z sukcesem? A być może przygotowuje grunt pod Trybunał Stanu.
Tak czy inaczej Tusk politycznie sprawę przegrywa, o czym świadczy uśmiech i zadowolenie Kaczyńskiego. No bo niby czemu ma się nie cieszyć, wszak znów może oświadczyć: Panie prezesie, melduje wykonanie zadania.


Komentarze
Pokaż komentarze (39)