Ludwik Dorn, odpowiadając na zadane przez mnie pytanie: czy system finansowania partii w Polsce nie oddaje polityków w ręce prezesów Banków, którzy wedle PiS mają mieć odpowiednie polityczno-historyczne konotacje, zgrabnie uciekł mówiąc o traumie politycznego rozdrobnienia prawicy w latach 90 tych. Ten manicheizm (albo nasze rozwiązanie albo trauma) jest ogranym, ale wciąż skutecznym retorycznym chwytem, gdzie z pozycji mędrca polscy politycy dokonuje dychotomii nie dając wyborcom praktycznego pola manewru. Taki manewr właśnie stosuje Tusk z Komorowskim tłumacząc, że albo należy przyjąć ich rozwiązanie albo jest się za systemem dotychczasowym (czyli systemem upadłym), co jest kompletną bzdurą. Śmiem bowiem twierdzić, że istnieją jeszcze jakieś inne systemy i do tego systemy lepsze.
Nie wiem dlaczego SLD nie popiera tego pomysłu mówi Donald Tusk, a ja nie znam takiej lewicy na świecie, która byłaby gotowa podporządkować służbę zdrowia logice rynkowej -odpowiada Sławomir Sierakowski, i zdaje się, że to ten drugi ma rację. Pewnie dlatego też Sierakowski namawiał Olejniczaka do rozwiązania LiD-u, bo LiD politycznie był dobrym pomysłem na okres „po Platformie", ale nie był pomysłem lewicowym. Miał to być liberalny kokon, który bezpiecznie ratowałby „SLD lewicowe od gejów" poprzez poparcie przez tzw. elektorat Gazety Wyborczej (czyli takich lemingów jak ja). Teraz Tusk zderza się z „piłsudczykami" Kaczyńskiego i postkomunistami Napieralskiego, a że SLD chce być lewicowe, toteż pomysł PO nie powinien się ziścić. Na ile jednak Napieralski, pamiętając klęskę Millera, jest w stanie się oprzeć sile liberalnych mediów, krzyczących: prywatyzacja, prywatyzacja, trudne jest do przewidzenia. Jedno jest pewne, gdyby SLD rządził dziś dawny Miller albo dawny Kwaśniewski lewica, jako języczek u wagi, rozdawałby dziś karty.
Czy obecny system jest prywatyzacją? Może nim być, jest do niej wstępem, cichym preludium. Owszem, jest też okazją do kręcenia lodów, bo moi drodzy liberalni sympatycy PiS, każda prywatyzacja jest okazją do lodów kręcenia. Reforma PO to w istocie przelewanie z pustego w próżne, zmienia się właściciel, ale nie przybywa środków. Preferencyjne pożyczki restrukturyzacyjne to kropla w morzu potrzeb. Owszem, może poprawić się zarządzanie (decentralizacja co do zasady coś może poprawić). Tyle, że teraz szpital musi działać na zasadach spółki handlowej (a więc dla zysku) i jeżeli jest niewypłacalny każdy z wierzycieli będzie mógł wnioskować o jego upadłość. Piłka jest więc nie tylko po stronie samorządów, ale też kontrahentów. Te reforma do bólu jest „platformiana", a więc ma na celu przerzucenie ciężaru i odpowiedzialności na samorządy, transfer ryzyka i uwolnienie Donalda od przykrego smrodku polskich szpitali. Teraz można kroczyć ku zwycięstwu. Pozostaje rzecz najważniejsza czyli system świadczeń - obowiązkowa składka do NFZ. To tu jest klucz do naprawy systemu.
Jaki byłby mój własny system, stworzony ad hoc, godzący nawet iluzorycznie liberalny ogień z lewicową wodą? Otóż dwa są obszary gdzie państwo powinno działać: leczeni najbiedniejszych i leczenie w najbardziej skomplikowanych i kosztownych przypadkach (w tym ratownictwo medyczne). Najbiedniejsi - z powodu empatii (często to ofiary systemu PRL), najbardziej skomplikowane i kosztowne zabiegi - z powodu faktu, iż składka ubezpieczeniowa musiał by być horrendalnie wysoka, by się np. od nawrotu nowotworu ubezpieczyć. I za to powinniśmy płacić wszyscy, dajmy na to 1% dochodów. Pozostały obszar to konkurencja NFZ i prywatnych ubezpieczycieli, kto chce niech się ubezpiecza w NFZ i leczy w państwowej służbie zdrowia, kto chce u prywaciarza i się leczy w szpitalach prywatnych. Ale obowiązek ubezpieczenia powinien istnieć, tak jak w przypadku samochodowego OC. Bo gdy Pan Janek się nie ubezpieczy, a potem złamie nogę, to i tak mu będzie trzeba pomóc, bo każdy (no może z wyjątkiem skorwisynów) będzie żądał dla Pana Janka karetki i gipsu. Taka jest już nasza natura ludzka i chyba całe szczęście, że taka.


Komentarze
Pokaż komentarze (25)