Sławek Sierakowski na urodzinach salonu24.pl robił za lewe skrzydło i z relacji, bynajmniej nie lewicowych, salonowców wcale nie wypadł najgorzej, mimo iż lewactwo ogólnie w salonie jest przecież tępione. Ten sam Sierakowski uczestniczył w promocji „Żywiny" Ziemkiewicza, na dyskusję o Brzozowskim na Chmielną zaprasza Wildsteina, jutro w REDakcji (może się jednak wybiorę) Joann Kluzik Rostowska będzie mówić o gendrze. Słowem lewicowo - prawicowy dyskurs trwa nam w najlepsze, co może wszystkich cieszyć, pytanie tylko czy powinno. Abstrahując bowiem od celów i taktyki samego Sierakowskiego (o tym niżej) widać dość wyrazistą postawę polskiej prawicy, która zaakceptowała środowisko Krytyki Politycznej, jako ideowej strony barykady, z którą można się napić (urodziny salonu) i publicznie podyskutować. A więc Żiżkowie (rzekome propagowanie leninizmu) winy, zostały puszczone w niepamięć. Dzieje się tak, rzecz jasna, nie dlatego, iż dla prawicy Krytyka stała się nagle bardziej wiarygodna, rozsądna, czy miała choćby minimum racji w jakiejkolwiek części głoszonych poglądów. Chodzi o to żeby przeciwstawić ją lewicy postkomunistycznej, która, jak szatan, jest sprawcą wszelkiego zła, a więc taktycznie warto (przez bibułkę, ale jednak) pojawiać się „u" oraz „z" Sierakowskim. A nuż towarzyszy się w ten sposób dobije. Krytyka Polityczna, w tym ujęciu jest więc taką lewicą lepszego sortu, lewicą perfumeryjną, która nie ma ani brzydkich kobiet o czerwonych rękach (dziś urodziny Herberta!), ani na pożyczkę czesanych Zdziśków, Wieśków, Włodków, a więc można z nimi nawet pogadać. W końcu ile można po kraju obwozić Ryszarda „weź, powiedz coś na Wyborczą" Bugaja.
I tu właśnie niepostrzeżenie trafiamy na Lenina, nie tyle w sensie Sierakowskiego poglądu, ale starej prawdy o kapitalistach co dają sznur, żeby ich na nim powiesić. Bo o ile ekipa Millera czy Kwaśniewskiego swoje nakradła, ale do bólu była w tym pragmatyczna (bursztyn dla Jankowskiego) o tyle lewica Sierakowskiego taka uległa zapewne nie będzie. Raz, bo jest o wiele bardziej ideowa, dwa bo chce (i musi !) od niekopiącego się z rynkiem Millera odróżnić, trzy, że nie ma historycznego bagażu i trupów w szafie, czyli nikt już nie posłucha Ewy Milewicz, że lewicy wolno mniej. Ależ wręcz przeciwnie wolno więcej. Tak jak Zapatero wolno wiele w Hiszpanii, co mi osobiście nie przeszkadza (a nawet się cieszę), ale prawicy te reformy się raczej nie spodobają i pian niechybnie z pyska poleci. Hoduje sobie więc antylewica hydrę na boku, wciąż walcząc z potworem znanym i niepotrafiącym już niczym zaskoczyć.
Sam Sierakowski pewnie zdaje sobie sprawę że ma teraz te 5 no może 15 minut i chce to wykorzystać, ma do tego charyzmę (uwiódł Cezarego „łapie intelektualne wiraże" Michalskiego), i nie odżegnuje się od prawicy, w tym sensie, że nie toczy z nimi wojen na pyskówkę. A wręcz przeciwnie uderza w punkt genetycznie na lewicę podatny, powoli dominując w sferze kultury (opieprzanie Dehnela), jako miękkim podbrzuszu ewolucyjnej swej rewolucyjki. I odnosi sukcesy, gdzie był kiedyś, a gdzie jest dzisiaj. Tyle, że każdy sukces rodzi nowe kłopoty. Pierwszy problem jaki ma środowisko Krytyki, jest zagwozdka każdego wchodzącego ideologa, a więc ile taktyki, a ile idei, ile konformizmu, a ile zachowywania swej tożsamości. Musi wyjść z getta (wszystko co poza telewizją jest gettem), ale wychodząc łatwo stracić dziewictwo. Z tym właśnie łączy się problem drugi na ile być w mainstreamie, a na ile być offowym, zwłaszcza gdy przybiera się antymaistreamową postawę. Gdy naczelny Krytyki kończył recenzję książki Masłowskiej pisał, że kiedyś wszyscy na (tych mainstremowych) puścimy pawia, co zgrabnie ujął to ktoś bodajże we Wproście, że drogi Sławku, przecież ty już dawno w owym mainstreamie jesteś. Przynajmniej kulturalnym, co i przez same towarzystwo z Chmielnej bywa zaznaczane, gdy jest np. mowa o sukcesach Sasnala. Trzecim problemem Krytyki jest kapitał ludzki i intelektualny i nie chodzi tu o moce przerobowe kolejnych doktorantów i doktorów, ale o kaliber intelektualny osób, które z otwartą przyłbicą staną przeciwko choćby późnemu Kołakowskiemu (oj, coś za daleko zboczył ze ścieżki postępu). Wszak to już chyba najwyższy czas by idee walki z autorytetami wcielać w życie, przecież nikt z Chmielnej za takowego nie uważa Krasnodębskiego albo Legutko i z nim się bił nie będzie, bo zaiste, wszak nigdy nie będzie o co (zupełna inna percepcja). Pora się szarogęsić, pora być bezczelnym, pora pokazać swoim, że tezy stawiane, bywają i są naprawdę. Tylko czy rzeczywiście warto tak ryzykować? No właśnie, i tu jest czwarty problem krytyki - rachunek zysków i strat. Mały rzut oka na stronę darczyńców*, by się przekonać, kto z politycznych decydentów i jakie środowiska decydują o wspieraniu pomysłu Sierakowskiego. Czy i na ile jest to sympatia, na ile rozrywka, przedłużania straconej młodości, a na ile zimna kalkulacja, rozstawianie klocków (bo przecież nie figur) na szachownicy? Na ile w razie konfliktu (a ten przyjść musi) środowiska te pozwolą na niezależność, czy nie zastrzegą terytorium wyłącznie dla siebie (lustracja) i kto w ostatecznym rozrachunku okaże się wykorzystanym? A kto wykorzystującym...
* http://www.krytykapolityczna.pl/Darczyncy/menu-id-182.html


Komentarze
Pokaż komentarze (27)