Najmniej rozgarnięci konserwatyści odmawiają gejom prawa do małżeństw, bo małżeństwo wedle definicji prawnej jest związkiem kobiety z mężczyzną. Jest to bodajże jedyny przypadek gdy prawna definicja zwyciężać ma wolę, tego kto definicję układa. Dotychczas definicje pełniły role służebną, miały stanowić worek, do którego wsadzano kolejne desygnaty. Własność, wolność, władza, życie - wszystkie te definicje zmieniały się pod wpływem woli tego kto decydował o ich treści, ewoluowały i gdy tylko przestawały pełnić swą rolę, zostawały zastępowane czymś innym. Co ciekawe w przypadku „życia” strażnicy historycznego sensu definicji już tak ortodoksyjni nie są. Bo przecież w starożytności życie nie odnosiło się do momentu „tuż po poczęciu”, aborcja była legalna, a nasciturus nabywał prawa pod warunkiem, że się urodzi żywy. W przypadku małżeństwa jest inaczej, definicja urasta do rangi bożka, którego nie można zmienić, bo małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny. Choć małżeństwo to konstrukcja prawna – a prawo zależne jest od tego kto je ustanawia. Norma jest przestrzegana, ponieważ egzekwuje ją prawodawca, a nie odwrotnie.
Nieco bardziej rozgarnięci konserwatyści rozumieją, że nie o nazwę tu idzie, ale o przywileje. Postulat „semantycznej czystości” łatwo ominąć tworząc bliźniacze (pod względem prawnym) związki partnerskie. Przywileje powinny mieć jednak uzasadnienie, gdyż gdy przywileje da się wszystkim, to przestaną one być przywilejami, a jak da się nielicznym, to warto spytać dlaczego akurat tym. Przeciwnicy związków partnerskich podnoszą, że małżeństwa mają spełniać rolę rozrodczą i ta rola uzasadnia ich uprzywilejowanie. Sęk w tym, że małżeństwo zawiera się po zgodnym oświadczeniu woli, do którego nie jest wymagane ani zaświadczenie o płodności, ani nawet deklaracja chęci posiadania potomstwa. Całkiem legalnie można wejść w związek małżeński, publicznie krzycząc, że się nie chce mieć dzieci. I całkiem legalnie można mieć dzieci będąc singlem. Rola rozrodcza małżeństwa nie jest więc ani warunkiem ani następstwem małżeństwa. Do tego fragmentu jeszcze wrócimy.
Najbardziej rozgarnięci konserwatyści powołują się na zło moralne. I choć to jest argument najsłabiej uzasadniony, to paradoksalnie właśnie owa słabość jest jego siłą. Normy moralne czy to dane, czy wytworzone niejako z definicji są nie do udowodnienia. Możesz je tylko przyjąć, na pytanie dlaczego krzywdzenie ludzi jest złe, nie ma odpowiedzi, bo to jest dotarcie do sedna, do pewnych założeń, do uczuć jakby chciał Russell, albo do woli Boga, jakby chciał Copleston. Często jednak ci, co mówią o moralnym złu, przywalają aby homoseksualiści żyli razem, byle po cichu, co wobec powyższego sprowadza się de facto do zezwolenia na życie grzeszne. Czy wobec tego powinno się także przyzwolić na kradzież, byle nie publiczną?
Marek Magierowski z Rzeczpospolitej z pewnością nie należy ani do drugiej, ani tym bardziej do trzeciej grupy konserwatystów. Argumentację że rodzina to związek kobiety i mężczyzny plus dzieci opiera na definicji, choć definicja ta nigdzie nie została spisana, więc tym bardziej jest ona umowna. Magierowski z jednej strony widzi małżeństwo tam, gdzie zbiór jednostek podpada pod definicję, ale z drugiej strony jest to tylko definicja „prawna” i tylko „współczesna”. Poligamia, kazirodztwo było niegdyś legalne, jak najbardziej podpadało pod definicję małżeństwa, wobec tego historyczny argument upada. Argument „bo taka jest definicja” upada również, bo taka definicja jest następstwem woli prawodawcy, tak jak z życiem i płodem ludzkim. A więc prawodawca może ją zmienić. I na czym się wówczas oprze Magierowski, skoro historia kazirodztwa rzuca mu kłody pod nogi?
Organizację homoseksualne odwołują się natomiast do uczuć, do miłości. Działają więc jak konserwatyści z grupy trzeciej. Małżeństwo, ich zdaniem, dostaje bowiem przywilej z racji tego, żeby dwojgu kochającym się ludziom ułatwić życie. My, jako suweren, sami sobie stwarzamy konstrukcję prawną, testujemy ją i uważamy, że jest ona dla NAS przydatna. Stąd przywileje małżeńskie i stąd co do zasady nie różnicuje się przywilejów dzietnych i bezdzietnych. Magierowski opiera się na swojej własnej definicji rodziny, tymczasem moja definicja jest zupełnie inna. Magierowski mówi o obciachu, dla mnie obciachem jest pozbawianie kogoś wolnej woli w definiowaniu rodziny. Magierowski uważa, że to on powinien decydować co jest rodziną, podczas gdy ja uważam, że to członkowie tejże rodziny sami powinni móc się definiować i to od ich woli powinno to zależeć. Ja widzę rodzinę tam gdzie jest miłość. Czy Jerzy Waldorff tworzył rodzinę ze swoim partnerem, czy był może obciachowy? Są rodziny homo i heteroskesulane, tak jak bywa, że pies jest traktowany jak człowiek rodziny. Bo powiem brutalnie, dla setek ludzi śmierć ich psa będzie dotkliwszą stratą niż śmierć jakiegoś tam Magierowskiego.
PS Ostatnio kupiłem w IKEI regały na książki i jak zajdzie potrzeba to kupię kolejne, bo w życiu by mi nie przyszło do głowy, żeby zamiast na cenę i produkt, patrzeć czy IKEA pieści gejów czy ...Magierowskiego.


Komentarze
Pokaż komentarze (39)