Znałem jednego, co jak siedział w Niemczech, to przepisywał z niemieckich gazet, podpisywał swoim nazwiskiem i wysyłał do kraju jako swoje przemyślenia. Za porządne pieniądze. Potem jak już wrócił, zrobił się taki antyniemiecki, jakbyśmy mieli 1942 zeszłego wieku – pisze w „Dojczland” Andrzej Stasiuk i abstrahując od tego czy rzeczywiście chodzi o Macieja Rybińskiego, jest coś na rzeczy w tym naszym stosunku do Niemców.
Generalnie cały czas od Niemców dostajemy w mordę, wciąż nas po jądrach biją szpicrutą, nawet teraz kilkadziesiąt lat po wojnie chcą nam jakieś muzea przestawiać, robią lepsze auta (w ogóle robią auta) i nie możemy nawet z nimi wygrać w piłkę. A przecież wyszkoliliśmy Roberta Lewandowskiego! Owszem, gdzieś tam, raz jak ślepej kurze ziarno, tak i nam się pod Grunwaldem trafiło, czy też bardziej trafiło się Panu Jagiełło, który raz że pedofil, dwa, że pogańsko chowany, a trzy, że Litwin. Zresztą nawet Grunwaldu nie wykorzystano, być może celowo jak pisał Jasienica, któremu jednak ufać zbytnio nie można, jak to Żydowi (ta, tak to w marcowe wieczory pod wieszcza pomnikiem spotykał się Dajan z niejakim Michnikiem). Z Rosją już nieco lepiej, tylko 300 ostatnich lat ujeżdżają nas wedle swej woli, u ich stóp klęczymy i klęczeć chcemy, cieszymy się jak murzynek Bambo (kwi, kwi) gdy dają nam pocerować skarpety. Raz tam przegrali tuż po I wojnie, ale tylko w czasie odroczyliśmy baty, słowem też źle a nawet beznadziejnie, elity sprzedajne, wojsko agenturalnie przefiltrowane, dziennikarze na zawołanie, i geje w IKEI.
Patrząc więc w kategoriach cywilizacyjnych do dość oczywistego można dojść wniosku, że chyba jakoś genetycznie jesteśmy skundleni, niedorozwinięci, że wciąż ktoś nas po twarzy biję, że nawet wśród białych jest rasa Panów i rasa Służby, że my tą pierwszą pod tą szerokością geograficzną być nie możemy, pora więc chyba się wynieść. Oczywiście nie wszyscy, tacy, jak dajmy na to, ja albo kilku innych gachów pseudointelektualnych, niech sobie zostanie, a pójdą ludzie, tak wolni, wolności, Broń Boże, nieubezpieczający, aby mogli budować prawdziwy wolny rynek i państwo niezlewaczone.
Takim krajem, jak zapodaje bloger Quasi, mogła by być np. Somalia. Kraj gdzie nie ma ani przymusu szkolnictwa, ani służby zdrowia, ani pozwoleń, zezwoleń, gdzie każdy może mieć giwerę, a za gwałty całe wsie wyrzynają (musi pewnie być zero przestępczości!), państwo gdzie siła tam i prawo, no i gdzie nie ma ZUSu, gdyż jak wiemy ZUS ze Stalinem w jednym stali domu. Owszem, istnieje tam jakaś mała ruchawka, ale wolni ludzie, potomkowie tych co sięgnęli i gwiazd, i (białego) cyca, nie są przecież makaroniarzami, żeby się bambusów z drzewa obawiać. Szast prast na szkapinkach zajadą jak Gerwazy z flintą i małpiszony na drzewa przegonią, jak przegoniła najlepsza US Army na świecie, co w CNN potem Bill Clinton oglądał z kapiącym cygarem. Nic tylko ruszać na statek, wolny rynek będzie jak celibat absolutnie dobrowolny, tylko trzeba będzie spełnić warunek: wymeldować się i zakupić bilet na czarnym, bo przecież nie państwowo regulowanym rynku.
Oczywiście nie znaczy to, że i w Somalii zło się zlikwiduje. Jak bowiem poliebnizowemu wykazali Panglosokonserwatyści na blogu wyrusa zło i cierpienie (w ludzkim tego słowa znaczeniu) jest częścią nieprzewidywalnego boskiego (doskonałego) planu i łaski, więc nie tylko za dobro, ale i również za zło powinniśmy Panu Bogu dziękować. Więc jak ci jakiś bambino z Somalii zgwałci córkę powinieneś przyjąć to jako objaw owej łaski i w podziękowaniu dać na … mszę, w białoskórym, rzecz jasna, Kościele. Choć z drugiej strony, u nas, tu w tfu, tfu Europie, jak na razie, wciąż co niedziela, w takich dużych gotyckich budowlach z krzyżem się wyznaje, że Szatan jest sprawcą wszelkiego zła, więc do końca to nie wiadomo, który z Panów naprawdę jest za co odpowiedzialny. Bo jak Bóg to igra naszym cierpieniem, a jak Szatan to Bóg nie może być wszechmogący.


Komentarze
Pokaż komentarze (42)