Czy to posłanka Kruk wracała z gruzińskiego wesela, czy może młodzieżówka PiS z przysłowiowej kiełbaski, nie wiadomo, ale ostrzelać kolumnę z 30 metrów (i to trzema seriami), nie trafiając nikogo z pismaków na szpicy jadących, to chyba trzeba wypić więcej niż coś tam, coś tam. Niby więc było groźnie, w groźne strony prezydenci jechali, z groźną miną, groźnych żołdaków zobaczyć i prosto pod (groźną) ruslufę się pchając, a tu nic. Nic, ni cholery, zero, null, cała wyprawa na marne, wróg w sztok pijany, bo przecie nie przekupiony. Prezydent wolno taryfy zmienia, Saakaszwilemu uśmiech się jarzy, choć ponoć zajechali tak blisko, że Gruzini spasiba Rosjanom mówić by mogli, a tu bezpieczniej niż na Bałutach. Nawet dziennikarza niegroźnego Newsweeka nie ustrzelono. Dobrze, że chociaż zimną krew prezydent zachował, choć pamiętając jak zareagował na szczyt Weimarski, można założyć, że może i zimna krew była, ale pewnie coś jeszcze.
Słowem, groźnie było prawie jak przy atrapach gejobombera w Warszawie. A dziennikarze nie dość, że nie martwi, to jeszcze wątpią. Wątpią i śmieją pytać. Pytać i pisać. W odwiecznego okupanta kule wątpią, w carycy dzieci nieślubne, w polsko- gruzińską przyjaźń i w zło, zło co się czai w ludziach bezbożnych. A przecież wystarczy cui bono, jak zawsze zapytać, by wiedzieć, że to przecież nie Gruzja, nie Polska, a Rosja, Rosja by z całej afery sukces odniosła, jak nie przymierzając Hitler z prowokacji gliwickiej.


Komentarze
Pokaż komentarze (20)