Nie trudno zauważyć, że prawicowa niechęć do edukacji publicznej opiera się na pewnej, dość popularnej tezie, jakoby rodzice potrafili dziecko nauczyć lepiej. Zresztą, nie tylko potrafili by lepiej nauczyć, ale także lepiej wychować, wszak rodzic najlepiej wie, czego jego dziecku potrzeba. Skoro bowiem tatuś o swą pociechę dba, leczy ją, ubiera i żywi, i nikt nie kwestionuje jego dobrych intencji, to czemu akurat w przypadku edukacji malucha, miałby dostawać jakiegoś zaćmienia i bobasowi szkodzić. Owe prawicowe „lepiej” dotyczy więc nie tylko tego, że dziecko będzie wychowywane, wedle tego co zdaniem rodzica jest dobre, ale że będzie również wychowane skuteczniej tj. dane, rzecz jasna prawicowe, wartości będą wpajane wydajniej niż w szkole publicznej i to na tyle, że dziecko, broń Boże, nie zostanie lewakiem. W myśl prawicowego wychowania dziecko będzie bowiem powielało wartości rodziców, nie zdecyduje się na szukanie na własną rękę wartości innych lecz przyjmie to co mu do głowy się wbija. Innymi słowy pater familias locuta causa finita
Abstrahując więc od tego, ilu prawicowych rodziców rzeczywiście wolałoby oddać córkę, siostrę, czy matkę do burdelu, byleby ojciec, syn, czy brat nie głosował za Traktatem Lizbońskim, warto zauważyć, że prawica, rzeczywiście, mocno wierzy w rodzicielską skuteczność wychowawczą. I choć na dzień dzisiejszy może poczytać o niej jedynie w książkach (w Polsce istnieje przymus uczenia się określonego programu) to wiara jest ta na tyle silna, że postulat zniesienia edukacji jest jednym z wyznaczników, przynajmniej polskiej prawicowości. Przyjmijmy więc, że prawica ma rację, rodzice w istocie potrafią lepiej sobie dziecko, na swe podobieństwo, ułożyć. Wobec powyższego logiczną konsekwencją będzie fakt, że również i lewicowi rodzice muszą być w tym układaniu skuteczni. Skoro odseparują dziecko od wartości prawicowych, skoro dziecko samo nie ma szans niczego poznać, skoro tata nie zaprowadzi do Kościoła i jest dla synka autorytetem największym, to nie ma siły i dziecko będzie lewackie. Nawet jeśli lewackie metody wychowawcze są gorsze, to jednak nie ma siły, trzymanie pociechy w platońskiej jaskini, lewactwem musi skutkować.
I teraz na scenę wkracza prawicowa ocena lewactwa, lewackich szkód i zbrodni, odpowiedzialności dzieci za czyny rodziców (Michnik, Michnik, Agora, Agora), Pinochet, który musiał w obronie koniecznej razić prądem lewackie narządy rodne, czy wreszcie postulaty legalnego odstrzału lewaków, tak jak się odstrzela dziką zwierzynę co wchodzi w szkodę. Innymi słowy nie da się inaczej nazwać lewaków niż ludzi, którzy (od tysięcy lat, ale jednak) prowadzą ludzkość na skraj przepaści, z której być może nie będzie powrotu. Dlaczego więc nie zostawić lewaków samych sobie, dać im się „in vitrować”, „abortować”, „eutanzjować”, niech się gady żrą między sobą jak mawiał Iwan Karamazow. Niech żyją plugawie odrzucając Dobro i Piękno, niech się śmieją, zobaczymy, kto się śmiał będzie ostatni. Na cóż ratować zarodki, czy płody, skoro, po zniesieniu przymusu edukacyjnego, z zarodków tych i tak wyrosną lewackie poczwary, bo przecie nie motyle. Na cóż marnować kule, budować więzienia, tracić czas na uganianie się za robactwem, skoro można problem załatwić zostawiając ich samych sobie. Prawica z aborcji, in vitro, prezerwatyw i rozwodów nie korzysta, to wszystko wymysł lewacki, na cóż ratować jajeczka, skoro z nich się czasem żmiję wylęgną.


Komentarze
Pokaż komentarze (24)