Właściwie w grudniu wszyscy w szkole żyli jednym tematem - świętami. I uczniowie i siostry niczym zombie poruszali się po szkole, na zewnątrz recytując modlitwy, godzinki i różaniec święty, wewnątrz jednak odliczając dni do czasu wolnego. Bo szkoła sióstr Urszulanek miała oczywiście wolne, i to prawie oktawę z przodu i oktawę z tyłu. Rzecz jasna, w szkole też miałą odbyć się wigilia. Klasowa. Taka z małą choinką, prezentami, opłatkiem, kolędami i świąteczną atmosferą. Zamiast lekcji.
- Hurra! - zawołały dzieci.
- Wychowawczej - uzupełniła młoda siostra, wychowawczyni trzeciej a.
- Eee... - rozległ się chór zniechęconych głosów. Ale młoda siostra uparła się i w ostani dzień szkoły zrobiła im wigilę. Choinkę, taką malutką, ustawiła na biurku parę dni wcześniej, teraz tylko przyniosła radiomagnetofon i włączyła kolędy sióstr Elżbietanek
- A czy podziękujemy Panu Bogu za ten dar sióstr Elżbietanek? - zapytała dziewczynka, która zawsze modliła się jako pierwsza.
- A chcesz odpowiadać ze św. Teresy? - zapytała młoda siostra, która była młoda, ale na tak ciężkim froncie nauczania jakim była trzecia a dojrzewała w zaskakującym tempie.Dziewczynka, która zawsze modliła się jako pierwsza wycofała swoje pytanie, bo jedyna Tereska, jaką znała, to ta z „Cześć Tereska”, co go widziała u wujka Adama. Ale się jej nie spodobał. Wigilia mogła rozpocząć się bez przeszkód. Młoda siostra wyjęła książkę i zaczęła dzieciom czytać jak wyglądały te święta kiedyś i skąd się wzięły. Że choinka jest z Niemiec, że prezenty roznosi św. Mikołaj lub Gwiazdor lub dzieciątko Jezus.
- Lub ojciec Tadeusz - przypomniał Gruby Maciek. Razem z Łukaszkiem na początku się nudzili ale to, co czytała młoda siostra zaczęło ich powoli wciągać. Najbardziej podobały im się dawne obyczaje Słowian: pierwszego dnia zimy obchodzili święto zmarłych poświęcone Welesowi.
- Odwiedzali groby swoich zmarłych, gdzie palono ogniska aby ich ogrzać - czytała siostra.
- Przecież to bez sensu, oni nie żyli - zdziwiła się dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza.
- No, wierzyli, że tak trzeba - powiedziała pani. - My też w coś wierzymy, a inni mówią, że to bez sensu. No, ale dość tego czytania. Przełamiemy się opłatkiem a potem prezenty.
- Ja nie chcę prezentu! - zastrzegł się okularnik z trzeciej ławki. - Mój stary mówi, że to chrześcijańska dekoracja!
Zaległa cisza.
- Obchodzicie w ogóle jakieś święta? - zapytała młoda siostra.
- Oczywiście! Mój stary mówi, że chrześcijanin powinien wiedzieć co świętują. Wigilię. A nie imieniny. Wigilię Bożego Narodzenia. I się nie powinno dostawać prezentów.
- A tata coś dostaje? - zapytał Łukaszek.
- Nic nie dostaje - zdenerwował się okularnik.
- Nie może być wigilia bez prezentów - zadudnił Gruby Maciek.
- To jak wy końcu świętujecie? - napierał Łukaszek.
- Jest jak zawsze, tylko pościmy. Nie spraszamy żadnej rodziny i się dużo modlimy dziękując Bogu za narodziny Chrystusa!
- Z Wielkim Piątkiem ci się pomyliło - odezwała się uprzejmie dziewczynka, która zawsze modli się jako pierwsza. - Tylko ciekawe czemu nie spraszacie rodziny, chyba się nie wstydzicie?
Dzieci wybuchnęły okrutnym śmiechem, który czasem potrafią zagrać najwybitniejsi aktorzy kreujący czarne charaktery. Okularnik był zły, ale się nie poddawał.
- Żadne wstydzicie. Boże Narodzenie to nie wesele, ani Sylwester. Obchodzimy je w ciszy i skupieniu, świętujemy przyjście Boga, a nie fakt, że się tata z teściową raz w roku nie pozabija przy stole.
- Przecież musi być rodzina na Wigilii - rzekł z politowaniem Gruby Maciek.
- Nie musi, bo to nie jest święto rodzinne tylko religijne, każdy obchodzi je sam - zaczął podstępnie okularnik, ale siostra zapytała, czy chce żeby oddać jego prezent. Okularnik wybąkał, że nie.
- Przecież cały rok wszyscy czekają na te prezenty i rodzinną kolację- upierał się Łukaszek. Okularnik po długim namyśle wystękał:
- Y no więc... Mój stary mówi... Że czekanie na prezenty i rodzinna kolacja świadczy, że te święta są rodzinne,
a nie religijne. Że przez to, że się spotyka rodzina i daje sobie prezenty, to przychodzą też ateiści, którzy lubią spędzać czas w gronie rodziny i lubią też prezenty. I że nie ma czasu na Chrystusa a ateiści ukradli nam to święto już dawno. Została tylko Wielkanoc, bo ateiści jeżdżą wtedy na narty. A jeżdżą, bo Wielkanoc to święto religijne, nie ma prezentów i nie ma zjazdów rodzinnych. Stary mówi, że tam gdzie nie ma ateistów, tam są prawdziwie święta religijne. Bo gaworzenie z ateistami przy stole o polityce i Małyszu to nie święta tylko imieniny. I u nas w wigilię tak nie ma. Okularnika zasypano pytaniami.
- Jak to tam gdzie są ateiści, tam nie ma świąt?
- Jak to: Moja mama mówi, że najważniejsze żeby tata przy kolacji nie kłócił się z dziadkiem!
- A można choć mały dać drobiazg na prezent?
- A dlaczego nie mogę zjeść karpia?
- Wyrzucacie kolędników z domu?
- A jak wytrzymujecie takie długo pościć?
- A pijecie tylko wodę czy barszcz?
- Dzieci dajcie spokój koledzy - wkroczyła do akcji młoda siostra. - Trzeba być tolerancyjnym wobec...
- Jesteśmy prawdziwymi akolitami - powiedział oburzony okularnik. Młoda siostra wybuchnęła strasznym śmiechem.
- E... Chyba... katolikami.. Akolici... To są... pomocnicy w czasie Mszy Św... nie może być akolitą…bo nie służysz do mszy… no chyba - jąkała przez łzy trzymając się za brzuch .. że Cię biskup przyjmie w Poznaniu. To przelało czarę goryczy. Nie bacząc na regulamin szkolny okularnik wyjął z plecaka telefon komórkowy.
- Tata? Tata?! No oni się wyśmiewają z pierwszych chrześcijan!
PS Oryginał tutaj


Komentarze
Pokaż komentarze (3)