U Polaków oprócz ich bydła i kobiet najbardziej imponuje mi ich odwaga. Przy czym nie chodzi tu o odwagę dokonywania heroicznych czynów, ale o odwagę, że tak powiem werbalną. Bo cóż to za odważne czyny miały miejsce w latach ostatnich, nawet w pamiętnym 89 nie potrafili wieszać komunistów. Przez to do dziś nie wiem czy to Pan Edgar Gosiewski by wieszał mamusię na drzewie, czy może mamusia Pana Edgara. Z czynem więc u nas słabo, ale z odwagą werbalną lepiej. Ot, choćby wczoraj Pan prezes tak u Tomasza Lisa „zodważniał”, że aż posłuchał sprzedajnych dziennikarzy i postanowił być miły. A przecież krzyczał elektorat żeby sprzedajnych nie słuchać, żeby być sobą, bo jak Pan prezes sobą nie będzie, to nie będzie PiSu i wolnej Polski. Zresztą po przeprosinach tych, do których statusu się przyznawać nie wolno, to już drugi taki coming out Pana prezesa. Aż strach pomyśleć czym się to skończy.
Nie chodzi jednak tylko o Pana prezesa, ale w ogóle o tzw. dyskurs, w tym również dyskurs historyczny. Bloger Tad9 przy okazji udowadniania, że postrzeganie zagłady jakiegoś narodu to kolektywizm, całkiem przykładnie stwierdził, że jest przeciw penalizacji dyskusji historycznych. I to jest właśnie ta polska odwaga, o której mówię, wszystkie poglądy są dopuszczone, nie ma gorszej i lepszej opinii, a fakty non stop poddaje się falsyfikacji i konfrontuje ze świadectwami innych. Stąd, gdy zagranicą ktoś powie o polskich obozach koncentracyjnych, moi rodacy zachowują spokój i spokojnie zabierają się do badania czy aby rzeczywiście, oponent nie ma racji. Zresztą działa to także i w kraju, gdy niejaki Nowicki pisał o polskich darmozjadach mordowanych w Katyniu, to również Polacy przystanęli, zaciągnęli się fajką, by rzec głośno: być może, Watsonie, być może, podyskutujmy, wszak jesteśmy przeciwko penalizacji dyskusji historycznych.
Dyskusja więc trwa w najlepsze, o polskich obozach śmierci, o polskim pijaństwie i kradzieżach samochodu czy wreszcie o polskim antysemityzmie. O tym ostatnim zresztą najczęściej, ot choćby niedawno prof. Wolniewicz raczył powiedzieć o niejakim Schulcu, iż to drugorzędny pisarz awangardowych dziwadeł - oburza się. - Jedyny powód pchania go przez panią Hall, a za nią przez premiera Tuska do kanonu lektur, to ten, że był Żydem. A zatem chęć rządu zadziałała tu, by się przypodobać lobby żydowskiemu. Albo przed nim się wykazać. Niestety mimo usilnych prób spokojnej dyskusji ze strony profesora, pewne środowiska nadal nie potrafią zrozumieć zasady, że rozmawiać wolno o wszystkim, również o wciskaniu drugorzędnego Brunona Schulza. I to nawet gdy mówi to zwolennik cywilizacji śmierci.
Doszło już nawet do takiej herezji, że to Żydzi chcą decydować, kto jest antysemitą, a przecież byłoby absurdalne, żeby Polacy mogli decydować, kto jest antypolski, katolicy, kto jest antykatolicki, a libertarianie, kto jest antylibertariański. Któż więc powinien decydować, to jest w jakiś sposób stymulować ów dyskurs? Przez moment, przy okazji tzw. walki z terroryzmem, próbował niejaki Maciej Rybiński, ale przecież się nie rozdwoi. Wszak ciągle musiał zarabiać na chleb dla tego Tajnego Współpracownika ze Wprostu. Któż więc ma decydować? Wydaje się, że najlepszym rozwiązaniem byłoby by decydował ten kto do Żyda, tudzież o Żydzie mówi, co umożliwiłoby, przynajmniej w przypadku Polski, całkowitą likwidację antysemityzmu. Czy spotkali bowiem Państwo kogoś, kto powiedziałby głośno: tak, jestem antysemitą (kadry menadżerskiej w TVP nie liczę). Co do profesora Wolniewcza sprawa jest prosta. Wystarczy wziąć naszą, że tak powiem definicję i sprawdzić. Ta słownikowa raczej się nie przyda, mogli Schulza wypychać do kanonu lektur, to i innego Icka mogą do słowników języka polskiego. Przeto trzeba sprawę załatwić prościej, antysemityzm to przeciw (anty) żydostwo (semityzm). Czy prof. Wolniewicz jest przeciw żydostwu? Jasne, że nie – oczywiście, że ich popiera, względnie czasami są mu obojętni. Tę obojętność słychać przecie w każdym tekście, znaczy audycji.
Ale nie tylko o darmozjadach w Katyniu i sanatorium w Gross – Rosen się mówi w Polsce, ale także o alternatywnej wersji historii. Pan profesor Wieczorkiewicz np. nieco ubolewał, że Polska nie szła na wschód razem z pewnym niemieckim mężem stanu. Mogłaby Warszawa być stolicą zjednoczonej Europy, a polski byłby jednym z 3-4 urzędowych języków. SS-man Grot Rowecki (jakieś awanse by chyba były) pewnie by pomógł, nie darmo się tyle mówi o przedwojennym etosie polskiego oficera (te końskie grzywy na Umschlagplatzu). Tyle, że skoro tak nas zachęca dzisiejszy Marchlewski, to może warto posłuchać Marchlewskiego ówczesnego i owszem iść na wojnę, ale razem z Sowietami. Było nie było, to Sowieci wygrali wojnę, dało by im się ziemię darmozjadów, a polski byłby drugim oficjalnym językiem urzędowym. Przecież tuż po wojnie pod rządami Sowietów, polski był nie tyle 3-4, co głównym językiem urzędowym. Mało tego patrząc na potencjał aliantów, trudno uznać, żeby armia polsko-niemiecka, mogła wygrać wojnę, tak jak Napoleonowi w końcu wykruszyliby się i najmłodsi rekruci. No bo w końcu ilu harcerzy mogło by przygotować Polenjugent?


Komentarze
Pokaż komentarze (5)