Po tym jak Marek Magierowski przyrównał premiera Berlusconiego do Marii Magdaleny, trudno w kwestii męża stanu coś jeszcze dodać, choć Maria Magdalena przecie ani mężem, ani tym bardziej mężem stanu nie była. Ot, po prostu, cytując klasyka: zła kobieta to była, zła, rzecz jasna, do czasu, a konkretnie do czasu, gdy ją ówczesna, bynajmniej nie lewica, chciała ukamienować. I to wedle, nie Karty Praw Podstawowych, a swej świętej tradycji i religijnych nakazów. Oczywiście zachowanie Marii, nie było na tyle naganne, co, dajmy na to, pisanie wierszy, choćby o Stalinie, wszak za Marię niejako poręczył syn Boga, a za Szymborską, syn wiadomo kogo, z jakiej alei. Niby to samo, ale jednak nie do końca. Nie ważne tedy co robiłeś, ważne kto za ciebie ręczy, rzec by się chciało, patrząc na „prof.” Nowaka, dawnego dziennikarza urbanowskiej Polityki, wówczas pewnie niekomunistycznej. Ale wróćmy do męża stanu, bo do Berlusconiego, mimo wszystko, nie warto.
Z jednej strony, biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze rok temu, niejaki Marcinkiewicz miał być mężem stanu, trudno nie uznać, iż bycie owym mężem to jednak, jeden wielki obciach. Ale patrząc na pewien rodzaj podniecenia, a nawet wzniosłości, jaki miał miejsce przy 44 % poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego w programie Lisa, trudno nie uznać, że są tacy, co sondażowych zwycięstw wyczekują, jak nie przymierzając katolik Święta Trzech Króli. Co więc powinien mieć mąż stanu, poza poręczeniem od sił światła i wysokiego poparcia społecznego? Dobry byłby zmysł biznesowy, Amerykanie mają nawet taki test na uczciwość polityków, pytając czy powierzyłbyś takiemu portfel? Tedy dobry mąż stanu, to taki, co pożycza pieniądze bez zamiaru oddania, byleby jednak nie robił tego w Polsce, bo w Polsce, przynajmniej teoretycznie, można za to iść do więzienia. A więzienia są u nas ostatnio dość niebezpieczne.
Powinien mąż stanu być liberałem, znaczy rozumieć pełne prawo dysponowania swoją własnością, dać prawo do niewpuszczania do lokalów Żydów, pedałów i rudych, zwłaszcza rudych premierów. Wszak trudno uznać, żeby właścicielowi ktoś mówił, co ten ma robić, czy wpuszczać Żydów do ogródka, prawosławnego do basenu, czy murzynowi zezwolić siadać we własnym autobusie i do tego na tylnych siedzeniach. No chyba, że to jest niedziela albo inne święto. Wtedy sklep „Nur für Polen” można nakazać zamknąć, bo nakazał Pan dzień święty święcić, przynajmniej do czasu, gdy ktoś znów nie przyjdzie i nie zacznie się podawać za syna, brata, ojca czy stryjka bożego.
Powinien mąż stanu szanować nie tylko własność, ale też autonomię np. uniwersytetów, dać rektorom, dziekanom czy tzw. paniom z sekretariatu (wszak one najważniejsze) zapraszać kogo chcą i w jakim charakterze. Wszak to wewnętrzna sprawa Uniwersytetu, no chyba że chodzi o niedopuszczenie doktora do habilitacji, wtedy, rzecz jasna, wewnętrzną sprawą to być nie może, tylko sprawą dziennika Rzeczpospolita i setek sygnatariuszy jakiś tam listów (tysiąc listów na tysiąclecie). Powinien mąż stanu być odważny i prawdomówny, tedy gdy ma zamiar rzucić na rynek wędliny, masło albo walutę powinien o tym lojalnie uprzedzać publicznie, żeby znowu nie było, że władza nie informuje. Gdyż wyborca, a już wyborca opozycyjny do Tuska w szczególności, nie wie co robić ze swym życiem, gdy mu Tusk o kryzysie publicznie nie będzie przypominał, co konferencja. Taka bezradność.
Wreszcie powinien mąż stanu być praworządny, więc nie powinien ustawowo unieważniać zobowiązań, na przykład kontraktów opcyjnych, co wydaje się słuszne, ale już nie w przypadku gdy ustawowo unieważniać ma zobowiązania emerytalne, na przykład wobec Sbeków. Czy też uniemożliwić odebranie żydowskiego mienia przez żydowskich spadkobierców. Wówczas praworządność nie jest rzeczą pożądana, gdyż jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor. Na przykład honor dotrzymywania danego słowa przez ustawodawcę.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)