Właściwie to nie wiadomo kiedy olśniło go i powziął decyzję. Niektórzy twierdzą, że tuż po przeczytaniu „Heroiny” Tomasza Piątka, inni zwalają winę na filozofię, a jeszcze inni doszukują się opętania. Są wreszcie i tacy, którzy wiążą to z częstymi wizytami na cmentarzu. Fakt, na cmentarzu bywał niemal codziennie.
Grób żony i jego dwóch starszych córek był zawsze w najwyższym porządku, tak jak przez lata w najwyższym porządku poukładane miał życie. Wszystko zmieniło się pamiętnego 7 sierpnia, gdy cierpki głos policjanta oznajmił mu, że właśnie miał miejsce wypadek. Nikt nie przeżył.
Od tej pory jego życie musiało się zmienić i jak się nietrudno domyśleć, nie były to zmiany na lepsze. W kilka miesięcy zupełnie osiwiał, coraz częściej unikał ludzi, bywało, że na głos mówił do siebie. Tak przynajmniej opowiadano. Miał 47 lat, córkę na wychowaniu i głęboko był nieszczęśliwy. Niegdysiejszy król życia, powoli staczał się ku ruinie.
Największym koszmarem okazała się jednak obawa o przyszłość córki. Moja trauma nie może przejść wobec niej obojętnie – wracało do niego co chwila. Ona też będzie tak nieszczęśliwa. Wciąż go to dręczyło, a spokojne, zdawałyby się normalne, zachowanie córki tylko utwierdzało go, że najgorsze dopiero przed nimi. Mimo to zachował resztki optymizmu. Skoro żyje, znaczy że istnieć musi jakieś rozwiązanie. W przeciwnym razie i ja musiałbym zginąć – tłumaczył koleje losu. Ewentualne wątpliwości, a było ich sporo, tłumił alkoholem. Po licznych przemyśleniach był zaś pewny tylko jednego – los zachował go przy życiu by dał córce szczęście.
Rozważał rozmaite koncepcje szczęścia, poświęcił na to wiele czasu i nieprzespanych nocy. Czytał wszystko o szczęści co mogło mu wpaść w ręce. Ale zaaplikować córce mógł tylko jego surogat – szczęście w pigułkach. Jeżeli szczęście to stan wewnętrzny, subiektywne odczucie, a euforia daje się stymulować, to czemu nie poddać się fali wiecznej rozkoszy, która dostępna jest w każdej aptece? Czyż życie szczęśliwe nie jest lepsze od życia w cierpieniu, czyż wieczna pogoń za szczęściem nie da się skrócić i czy o koszmarze stałej szczęśliwości nie mówią, ci którzy wiedzą, że nigdy na takową by się nie zdobyli? Mill nie miał racji, lepszy zadowolony z siebie głupiec, niż niezadowolony Sokrates. Sokrates był świadomy nieszczęścia, głupiec swej głupoty nie był świadomy i to ona wciąż generowała mu rozkosz.
Tak ciągle mówił do siebie i z dnia na dzień był coraz bliżej podjęcia decyzji.
Co szkodzi, gdy spolegliwy opiekun (z namaszczeniem powtarzał to słowo) stał będzie na straży szczęścia swej córki, dzień w dzień ułatwiając jej życie? Co szkodzi gdy oblecze ją w kokon głupoty, miazmatów i pięknych urojeń? Skoro wciąż będzie uśmiechnięta.
Były tylko dwa zastrzeżenia.
Po pierwsze by być szczęśliwa musi znać swoje szczęście. Cóż jej bowiem po tym, że doznaje błogości, skoro nie potrafi jej nawet rozpoznać? Stad nie należy trzymać jej wśród obłąkanych, należy trzymać wśród żywych. Drugim warunkiem było niepostrzeżenie dostarczenie jej narkotyku. Gdy sama go sobie wstrzyknie, do końca swych dni, będzie świadoma tego zabiegu, wciąż odczuwać może żal po dawnym życiu. Szczęście przeistoczy się w koszmar zapominania, że to jednak świat nierzeczywisty. Przejść w świat mgławicy urojeń musi niepostrzeżenie, bez własnej woli. Tylko tak nierealność weźmie za coś co zawsze istniało.
W końcu się zdecydował i w decyzji swej mocno był konsekwentny. Zaczęło się powoli od testowania rozmaitych pigułek i proszków dosypywanych ukradkiem, wedle literatury medycznej, którą sobie zamówił. Recepty mógł sam wypisywać, był przecież dentystą. Z czasem znalazł złoty środek, który choć silnie działał ubocznie, dawał to czego pragnął. I rzeczywiście córka coraz częściej była uśmiechnięta, zamyślona, sprawiała wrażenie szczęśliwej. Trudno jej było się skupić, ciągle przybierała na wadze, zapominała najprostszych czynności i ciągle głośno się śmiała. Lubiła słuchać muzyki i oglądać telewizję. Bywało, że godzinami bujała się na huśtawce wykrzykując wciąż jedno to samo słowo. Zabierał ją do znajomych, których od pewnego czasu miał coraz więcej. Znów był towarzyski, zaczął się nawet z kimś na krótko spotykać.
Niedozwolone środki wykryto przypadkiem. Córka pewnego razu zasłabła u dziadków, na pogotowiu zrobiono jej standardowe badania, które zaniepokoiły lekarza. Potem wszystko potoczyło się szybko. W takich sprawach czas leci nieubłaganie. Nie próbował uciekać, nawet nie wiedział jak to się robi.
Proces był głośny, ale nie na tyle by relacjonowano go za granicą. Na rozprawie milczał. I tak by go nie zrozumieli. Rzecz jasna, córce odstawiono leki. Chciał widzieć się z matką, ta odmówiła. W końcu obiecał opowiedzieć swoją historię wydawnictwu za grube pieniądze, ale nic z tego nie wyszło.
Córka nigdy go nie odwiedziła. Powiesiła się 7 sierpnia.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)