Wiktor Orban w czasie Marszu Pokoju w Budapeszcie/ PAP
Wiktor Orban w czasie Marszu Pokoju w Budapeszcie/ PAP

Orban w roli „starego wojownika". Czy historia znów go ocali?

Redakcja Redakcja Wybory Obserwuj temat Obserwuj notkę 12
Budapeszt żył w niedzielę dwoma pochodami i dwoma wizjami Węgier. Cztery tygodnie przed wyborami parlamentarnymi Viktor Orban i Péter Magyar zmobilizowali setki tysięcy zwolenników w rywalizujących marszach. W sondażach premier przegrywa, podobnie jak przegrywał przed wyborami w 2022 roku, kiedy ostatecznie zmiażdżył opozycję. Tym razem jednak okoliczności są inne. Czy system, który Orban zbudował przez szesnaście lat, uratuje go 12 kwietnia?

Według Reutersa, sondaże opozycyjnej partii Tisza utrzymują przewagę nad Fideszem w miarę zbliżania się terminu wyborów. W lutowym badaniu instytutu Médián Tisza prowadziła wśród zdecydowanych wyborców przewagą aż 20 punktów procentowych, stosunkiem 55 do 35 procent.

Orban „Stary wojownik" i co z tego wynika

Analitycy i komentatorzy skupili uwagę nie tyle na frekwencji marcowych pochodów, ile na słowach samego premiera. Jak ocenił dla dziennika „Népszava" Daniel Milbacher z ośrodka Polemia Intézet, Orban podczas Marszu Pokoju określił siebie mianem „starego wojownika". Analityk skomentował to jednoznacznie: "Nigdy nie słyszałem takich słów u polityka, który szykuje się do zwycięstwa".

Milbacher zwrócił też uwagę na „świadomy podział ról" wśród liderów Fideszu przemawiających na marszu. Minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó wygłosił, jak to ujął, „młodzieńcze, profesjonalne przemówienie, sugerujące, że wszystko jest w porządku". Minister budownictwa János Lázár skupił się na mobilizacji i apelach do działania. Obaj, zdaniem Milbachera, tworzą „nowe grono liderów, które po wyborach, w nowej sytuacji, przejmie inicjatywę".

Analityk przywołał też słowa Orbana o „niewystarczającej liczbie głosów", dodając, że premier „zdaje sobie sprawę z realiów politycznych, ale żaden lider nie może w kampanii przyznać, że nie ma szans na wygraną". Innymi słowy, środowisko Fideszu, choć publicznie gra na zwycięstwo, zaczyna, według budapeszteńskich obserwatorów, mentalnie przygotowywać się do roli opozycji.

Dwa pochody, dwa światy, jedna wielka niewiadoma

Orbán, zmierzający teraz z bezprecedensowym wyzwaniem dla swojej szesnastoletniej władzy, starał się przedstawić lidera opozycji jako „marionetkę" Brukseli i Kijowa, podczas gdy Magyar oskarżył prorosyjskiego premiera o szukanie pomocy Kremla przy sfałszowaniu wyborów. 

Sam Orban przemówienie poświęcił głównie wojnie i Ukrainie. „Musimy wybrać, kto stworzy nowy rząd: ja czy Zełenski" — powiedział wprost ze sceny. Hungarian Conservative Magyar z kolei nawiązał do ducha rewolucji 1848 roku, a czekające Węgrów głosowanie przedstawił jako wybór między zniewoleniem a wolnością. Jego partia Tisza zapowiedziała jednocześnie uruchomienie własnego, równoległego systemu liczenia głosów, który zostanie upubliczniony, jeśli wyniki rozminą się z oficjalnymi danymi Komisji Wyborczej.


Sporna pozostaje też kwestia frekwencji. Węgierska Agencja Turystyczna, nadzorowana przez ministerstwo gospodarki, podała na podstawie analizy danych z telefonów komórkowych, że Marsz Pokoju zgromadził około 180 tysięcy uczestników, a Marsz Narodowy Tiszy 150 tysięcy. Magyar natychmiast te liczby zakwestionował, powołując się na niezależnych ekspertów i byłych komendantów policji, według których jego pochód przyciągnął około pół miliona osób.

2022 kontra 2026: ta sama pułapka czy inny świat?

Pamięć wyborcza podpowiada ostrożność. Cztery lata temu scenariusz wydawał się znajomy. Opozycja prowadziła w sondażach od ponad roku, komentatorzy pisali o „wyścigu zbyt wyrównanym, by przewidzieć wynik". Nawet najbardziej przychylny Fideszowi sondaż na kilka dni przed głosowaniem w 2022 roku przewidywał, że Orban straci dwutrzecią większość w parlamencie. Tymczasem Fidesz nie tylko tę większość utrzymał. Zdobył 54,13% głosów, najwyższy wynik dowolnej partii od 1990 roku, i kontrolował 135 z 199 mandatów. 

Skąd tak spektakularna rozbieżność między sondażami a wynikiem? Niezależne instytuty przed wyborami 2022 roku systematycznie przeszacowywały poparcie dla opozycji i niedoszacowywały Fideszu. Ale jest też wymiar systemowy. Zmiany granic okręgów wyborczych przeprowadzone przez Fidesz sprawiają, że Tisza musi wygrać ogólnokrajowo o 3 do 5 punktów procentowych więcej, niż wskazywałaby prosta arytmetyka głosów, żeby uzyskać większość parlamentarną. Do tego dochodzi głosowanie diaspora, Węgrzy za granicą głosujący pocztą niemal wyłącznie na Fidesz, co de facto podnosi próg wejścia do parlamentu dla partii opozycyjnych do około 5,25% głosów krajowych. 


Jednak w 2026 roku różnice strukturalne między kampaniami są znaczące. W 2022 roku opozycja była konglomeratem ideologicznie sprzecznych partii, od postkomunistów po konserwatystów, sklejonym doraźnie pod jednym szyldem. Tisza to zupełnie inny model. Kolejne partie opozycyjne oficjalnie wycofały się z wyborów, wzywając swoich wyborców do głosowania na „najsilniejszego kandydata opozycji". Nie ma tym razem rozmycia głosu, nie ma ideologicznego pęknięcia na poziomie kampanii.

Dwie prawdy sondażowe

Specyfika tej kampanii polega też na tym, że dosłownie zależy od kogo zapytasz. Różnica między wynikami prorządowych i niezależnych instytutów badawczych osiągnęła skalę, której politolodzy nie są w stanie wyjaśnić samymi względami metodologicznymi. To zjawisko nowe w historii węgierskich badań opinii publicznej.

Niezależny Médián podaje przewagę Tiszy na poziomie 20 punktów wśród zdecydowanych wyborców. Prorządowy Nézőpont twierdzi, że Fidesz prowadzi 46 do 40 procent. Centrum Praw Podstawowych daje Fideszowi 49% wśród zdecydowanych wyborców, wobec 42% dla Tiszy.

Rząd nie pozostał bierny wobec niekorzystnych dla siebie sondaży. Tamás Lánczi, szef Urzędu Ochrony Suwerenności, oskarżył pięć niezależnych instytutów badawczych, Médián, IDEA, 21 Kutatóközpont, Publicus i Republikon, o „nadużywanie badań opinii publicznej" i wykonywanie „zagranicznych zleceń". 

Kto wygra wojnę o tłumy i co z tego wynika

Rywalizacja o narrację z 15 marca to nie tylko walka o frekwencję. To sygnał dla niezdecydowanych, których jest według różnych szacunków od 17 do 20 procent, i to oni, a nie twardy elektorat obu stron, rozstrzygną wynik.

Orban stoi teraz przed największym politycznym wyzwaniem w ciągu szesnastu lat rządów. Tisza, w odróżnieniu od każdej poprzedniej opozycji, jest zbudowana wokół jednej postaci: byłego człowieka systemu, który zna mechanizmy władzy od środka. Péter Magyar nie jest ideologicznym antypodą Orbána. Jest w pewnym sensie jego negatywem, rozumie język Fideszu, bo sam go kiedyś mówił.


Czy to wystarczy? Historia węgierskich wyborów uczy, że pytanie nie brzmi tylko „kto wygra głosowanie", ale „czy głosowanie może w ogóle zostać wygrane". System wyborczy, kontrola mediów, zmienione okręgi, głosy diaspora, wszystko to działa na korzyść incumbenta. Ale tym razem skala sondażowej przewagi opozycji jest bezprecedensowa. I po raz pierwszy od 2010 roku nie topnieje w miarę zbliżania się dnia głosowania.

12 kwietnia Węgrzy zdecydują, czy ich system wyborczy jest jeszcze w stanie zmienić władzę.

red.

Fot: Wiktor Orban w czasie Marszu Pokoju w Budapeszcie/ PAP

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj12 Obserwuj notkę

Komentarze

Pokaż komentarze (12)

Inne tematy w dziale Polityka