Po spotkaniu Evertonu i Arsenalu w pierwszej kolejce Premier League w pamięci (oprócz wspaniałych goli i żenującego gry The Toffees oczywiście) utkwił mi chłopak siedzący na trybunach. W rękach trzymał kawałek kartonu z wypisanym apelem do Joleona Lescotta by ten pozostał w klubie. Jak naiwna była nadzieje tego chłopca ...
Wystarczył jednak kapitalny sezon w wykonaniu Anglika, by ten zamienił miłość do Evertonu na miłość do Manchesteru City. Miasto Beatlesów stało się nagle zbyt małe dla wielkiego talentu Lescotta, a już na pewno jego konto bankowe domagało się większych i większych wpłat, najlepiej w funtach umoczonych w arabskiej ropie i przetransportowanych na Wyspy samolotami linii Etihad. Takie ponoć smakują najlepiej. Anglik z powodu braku zaangażowania w mecze został odsunięty od kadry i było już jasne, że trzecia oferta Manchesteru musi zostać przyjęta.
Mimo że transfer nie został jeszcze potwierdzony to reprezentant Anglii już zyskał sobie metkę zdrajcy, sprzedawczyka i wielu innych, których lepiej o tak wczesnej porze nie przytaczać. Jednego może być jednak pewny. Ciepłego przyjęcia w Liverpoolu spodziewać się nie może.
Jest kwestią godzin kiedy rosły Joleon zaprezentuje się w błękitnym trykocie The Citizens i oświadczy wszem i wobec, że urodził się po to by grać w barwach Manchesteru. No cóż ... skoro zapłacili to kochać trzeba.
Everton zyska co prawda kontener petrofuntów jednak ciężko przypuszczać by na kilka dni przed zamknięciem okienka transferowego znalazł godnego następcę Anglika.




Komentarze
Pokaż komentarze (1)