0 obserwujących
18 notek
42k odsłony
  2194   0

Celnicy nie otworzyli skrzyni ze szczątkami Stanisława Augusta

Stanisław August Poniatowski
Stanisław August Poniatowski

 

W nocy z 9 na 10 lipca 1938 roku z sowieckiej stacji granicznej w Niegorełoje przetoczono wagon towarowy do polskiej granicznej stacji kolejowej w Stołpcach. Przybyły rano do pracy celnik Teodor Szymanowski ze zdumieniem przeczytał w liście przewozowym, że w wagonie tym znajdują się prochy i insygnia króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego. Sięgając do relacji kilku Polaków, którzy w 1929 roku zwiedzili podziemia kościoła św. Katarzyny w Leningradzie, należy dodać, że ciało i szkielet zostały zupełnie zetlone, a z czaszki królewskiej pozostała tylko kość potyliczna.
 
Sześćdziesiąt lat później w Magazynie Gazety Wyborczej pan Bogdan Śmigielski zamieścił obszerny artykuł, w którym opisał dalszy ciąg stołpeckich zdarzeń: „Ktoś zerwał pieczęcie konsularne, odbił deski. Ze zdumieniem ujrzano zwłoki w koronie”.
 
Byłby to obraz bardzo dramatyczny, gdyby był prawdziwy. Taki jednak nie jest.
 
Dajmy głos bezpośredniemu uczestnikowi tych wydarzeń. Stołpecki celnik, Teodor Szymanowski, opisał je zgoła inaczej (relacja zarejestrowana i spisana przeze mnie w 1982 roku):
 
Jak zwykle przyszedłem do Urzędu Celnego na godzinę 8.00. Na stole w kancelarii leżały już dostarczone listy przewozowe nadesłanych towarów. Między innymi był tam list przewozowy w języku rosyjskim, w którym była wykazana przesyłka z Urzędu Celnego w Niegorełoje (stacja graniczna w ZSRR): prochy i insygnia Króla Polski, dwie skrzynki.
 
Była to przesyłka niecodzienna, więc na odprawę celną Naczelnik Urzędu Celnego wyznaczył dwóch urzędników, mego kolegę i mnie. Udaliśmy się na rampę, jak zwykle z jednym z dozorców celnych (niższy funkcjonariusz celny). Przy rampie stał wagon na naszych torach(węższych od rosyjskich - przyp. WG). Po otworzeniu go, przedtem zdjęto plombę radziecką, zobaczyłem dwie skrzynki, raczej ogromne kasety, jedna wielkości mniej więcej dużego odbiornika telewizyjnego, druga większa, ale nie kształtu trumny, dwa razy (może) dłuższa niż szersza i chyba trochę wyższa od pierwszej. Obie bardzo eleganckie, w kolorze ciemnobrązowym, pokrywy zdobione jakąś chyba rzeźbą. Według zapisu w liście przewozowym, w pierwszej miały znajdować się insygnia tj. berło i korona, a w drugiej trumna metalowa z prochami króla. Niestety nie otwieraliśmy żadnej.
 
Można to zrozumieć. Wobec królewskiego majestatu celnicy odstąpili od rutynowego otwierania kaset i grzebania w ich wnętrzu, stwierdzając jedynie zgodność zawartości wagonu (dwie skrzynki) z listem przewozowym.
 
Skąd więc wzięło się twierdzenie, że w Stołpcach widziano koronę i to na królewskiej głowie? Licentia poetica autora gazetowej relacji? Być może, choć sądzę, że powielił on istniejącą już wcześniej wersję z lat powojennych, która niestety posłużyła bardziej niecnym celom. Skoro bowiem celnicy widzieli złote insygnia królewskie, to prosty wniosek: były one na terenie Polski i tam zginęły. Tyle, że polscy celnicy nie widzieli insygniów, bo skrzyń nie otwierali. Tę powojenną wersję umacniało równie fałszywe twierdzenie, że „otwarta, niestrzeżona trumna stała co najmniej przez dwa dni na bocznicy w Stołpcach. Zapewne wtedy zginęła pozłacana korona”.
 
Celnik Teodor Szymanowski stwierdził jednoznacznie: „Wagon ze szczątkami Stanisława Augusta Poniatowskiego przez cały czas pobytu w Stołpcach i podczas przejazdu na wieczny spoczynek w Wołczynie strzeżony był i konwojowany przez Policję Państwową”.
 
Komu więc służyły te kłamstwa? Tego typu wersję wykorzystywali niektórzy wybielacze historii. Po II wojnie kilku utytułowanych historyków, dyspozycyjnych wobec panującej tendencji winą za zaginięcie historycznych przedmiotów próbowało obarczyć Polaków, zdejmując ją z Rosjan. Istnieje w archiwach depesza  wysłana z Niegorełoje do Moskwy z zapytaniem, co robić ze złotymi przedmiotami znajdującymi się w wagonie. Wobec obowiązującego wówczas kategorycznego zakazu wywozu z ZSRR złota, nietrudno sobie wyobrazić co stało się z koroną, jabłkiem i berłem.
 
Tu warto dodać, że wartość materialna tych trumiennych insygniów nie była wielka, więcej mogły znaczyć dla historii, choć nie zapominajmy: ufundował je zmarłemu polskiemu monarsze… car Rosji Paweł I i to podobno na złość swej matce Katarzynie.
 
Nie podejmuję się oceny króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. To tragiczna postać, dla wielu haniebna w swej roli w czasach zagrożenia bytu narodu polskiego. Byłby na pewno najlepszym ministrem kultury. Historia wyznaczyła mu inne miejsce: reprezentował Majestat Rzeczypospolitej. Wielka awantura związana z miejscem pochówku królewskich szczątków nie pierwszy i nie ostatni raz podzieliła nasz naród. Nie umiemy zachować godności i umiaru nad trumnami.
 
Los dość konsekwentnie naprowadzał mnie na ten królewski ślad. Może to dlatego, że mój prapraprzodek - senator Rzeczypospolitej i kawaler Orderu Orła Białego Antoni Lipiński herbu Rawicz podejmował króla Stasia w swych dobrach na Podolu, co przechował rodzinny przekaz i do dziś opisują herbarze?
 
Teodor Szymanowski był członkiem naszej rodziny. O wiarygodności relacji świadczy całe Jego życie: funkcjonariusz państwowy - celnik, oficer artylerzysta - obrońca Mławy i Warszawy w 1939 roku, jeniec Oflagu Woldenberg IIc, wieloletni nauczyciel w szkołach średnich Pułtuska.
 
W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku mój zawodowy los zetknął mnie z malarzem z Siemiatycz Józefem Charytonem. Był bohaterem opowiadania Mariana Brandysa „Strażnik Królewskiego Grobu” do ostatnich swych dni związanym z losami królewskich szczątków.
 
Obawiałem się, że inicjatywa ministra kultury prof. Aleksandra Krawczuka - odszukania w zdewastowanym wołczyńskim kościele królewskich szczątków - może zakończyć się podobnie jak w przypadku Witkacego. Na Pęksowym Brzystku zamiast niego pogrzebano z honorami szczątki jakiejś kobiety. Zacząłem więc działać w miarę swych ograniczonych stanem wojennym możliwości. Relację celnika przekazałem Jerzemu Waldorffowi. W liście potwierdził, że insygnia zniknęły już po radzieckiej stronie granicy.
 
Pana Mariana Brandysa zaznajomiłem z treścią oświadczenia Teodora Szymanowskiego w grudniu 1984 roku w dość niecodziennych okolicznościach. Przyjął mnie w swym gabinecie, gdy obok w pokoju odbywało się spotkanie wielu osób ówczesnej opozycji, a cały budynek był otoczony wysportowanymi „obywatelami w cywilu”, bacznie mi się przyglądającymi. Pisarz był bardzo wzruszony, powielaczowym egzemplarzem „Strażnika…”, który mu wtedy przyniosłem.
 
Delegacji ministerialnej, która udawała się na Białoruś z misją odnalezienia królewskich szczątków postawiłem do dyspozycji zgromadzone przeze mnie fakty i dokumenty. Obawiałem się bowiem, że do kraju znów zostaną sprowadzone kości jakiegoś mołojca, a kolejne pokolenia Polaków będą im oddawać cześć. Nie skorzystano z mej oferty.
Grób Stanisława Augusta Poniatowskiego w Katedrze warszawskiej uważam za symboliczny. Moim zdaniem prochy królewskie zostały rozmyte przez wody Newy zalewające podziemia kościoła św. Katarzyny w Petersburgu, a częściowo wdeptane w wołczyńską ziemię.

Zobacz galerię zdjęć:

Pracownicy Urzędu Celnego w Stołpcach, pierwszy z prawej Teodor Szymanowski. 1936 r.
Pracownicy Urzędu Celnego w Stołpcach, pierwszy z prawej Teodor Szymanowski. 1936 r. Teodor Szymanowski, celnik ze Stołpców, który w 1938 r. przyjmował wagon ze szczątkami polskiego króla.
Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura