Dziś trudno w to uwierzyć. Kino wszelkimi sposobami walczy o zapełnienie pustoszejącej widowni. A kiedyś, zaraz po wojnie, tłumy zbierały się pod tymi nielicznymi, ocalałymi w Warszawie kinematografami – „Stylowym”, „Palladium”, „Atlantikiem”, „Polonią”... Pełne podniecenia, rozgorączkowane, z tak wielką niecierpliwością oczekujące bajkowych obrazów na ekranie. Stąd, wychodząc spontanicznie naprzeciw potrzebom publiczności, wykształciła się instytucja koni, koników, jak mówiono pieszczotliwie
Konie! Pewno dlatego, że biegali chyżo... Rącze rumaki! Nieraz musieli galopować, uciekając przed najazdem gliniarzy. Kręcili się przed wejściem do kina, proponując bilety.
Propozycja była nie do odrzucenia. Kolejka tak długa. Szansa na normalne kupno biletu tak minimalna. Szczególnie na te porywające, amerykańskie filmy o wojnie z Japończykami w dżunglach Azji i na wodach Pacyfiku. Mściwy Jastrząb, Pięciu Zuchów, Bohaterki Pacyfiku. Te filmy szły tygodniami przy niesłabnącej frekwencji. A konie biegały rączo również z uwagi na konkurencję. Jeden chciał wyprzedzić drugiego.
Z początku pracowali w pojedynkę, samopas. Najwyżej we dwóch, trzech, tworząc swoiste kooperatywy. Skąd mieli tak wiele biletów? Sami wcześniej kupowali, prowadzili konszachty z kasjerkami, bileterkami (to typowo kobiece zawody), a może i gdzieś wyżej.
Byli już charakterystycznymi postaciami. W samodziałowych czapkach, zwanych oprychówkami, bujany chód, wytrawne, przebiegłe spojrzenie, nieomylnie odróżniające poczciwego nabywcę biletu od łapacza, trójniaka.
Konie to była specyficzna kasta. Z czasem szczególnym autorytetem zaczęli się cieszyć wśród nich tacy, którzy osiągnąwszy sukcesy w handlu, nie spoczęli na laurach, lecz próbowali dynamizować sprzedaż biletów, doskonalić jej sposoby, a wreszcie całkowicie ją zmonopolizować.
Rysiek Tabaczka, Sztajer, Kazik Ząbek. To niektórzy z tych kondotierów. Zahartowani w bojach, przebiegli i odważni, potrafili korzystać z szans, które stwarza matecznik dużego miasta. Trudnili się już przedtem rozmaitymi procederami, poznali smak więziennego chleba. Oni to stali się szefami band koników pod kinami. Żelazną ręką, posługując się często przemocą łamiąc opornych, uporządkowali chaotyczną dotąd sprzedaż biletów.
Podzielili się strefami wpływów. Sztajer trzymał „Stylowy”, Rysiek Tabaczka „Polonię”, Kazik Ząbek „Atlantik” i „Palladium”. Zorganizowali drużyny, które zajmowały się sprzedażą biletów i tępiły bezlitośnie koników indywidualnych.
Podkomendni trzech szefów dopadali takich anarchistów, samotników i odbierali im bilety oraz utarg. Ten, kto w porę zrozumiał daremność oporu, mógł liczyć na łaskawe przyjęcie do drużyny monopolisty. Zawsze zagadką pozostawała niewyczerpana liczba biletów sprzedawana przez koników. Mieli ich całe pliki, grube zwoje.
Zaopatrzeniem sprzedawców w bilety zajmowali się szefowie. Mieli rozległe stosunki. Z całą pewnością musiał to być precyzyjnie zorganizowany system korupcji. Ścisła współpraca z personelem kin.
Ci wielcy monopoliści sami już nie handlowali biletami. Przesiadywali w pobliskich kawiarniach i knajpach. Podwładni przynosili im pieniądze, otrzymywali zwoje biletów. Można przeto uznać, że była to już bardzo nowocześnie zorganizowana struktura podziemna na wzór mafijnej, istniejącej w krajach wolnego rynku i demokracji. U nas, w PRL-u świadczyła wymownie, że ideologia i autorytarna władza nie potrafi wytrzebić do szczętu wszystkich ludzkich inicjatyw.
Milicja też była oswojona i obławy na koników zwykle okazywały się nieskuteczne, oni już wcześniej wiedzieli, kiedy i gdzie nastąpi akcja.
Ów złoty okres trwał do późnych lat sześćdziesiątych. Kin przybywało i podupadła ta domena prywatnej działalności. Równocześnie telewizja stawała się coraz poważniejszą konkurencją. Ludzie woleli wygodny fotel w domowych pieleszach, ciasteczka i herbata pod ręką, a przed oczyma przesuwają się czarno-białe albo kolorowe obrazki.
Zaczynał się zmierzch i dynamiczne dotąd środowisko handlarzy biletami podupadało. Nowe talenty gdzie indziej szukały ujścia dla swojej pomysłowości. Choćby w handlu obcą walutą. Jeszcze tylko wtedy, gdy w kinach pokazywano filmowe szlagiery, sporadycznie powracały konie. Były kina premierowe („Moskwa”, „Skarpa”, „Wars”, „Wisła”) i tam, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pojawiali się przy wejściu i znów szedł stary interes. Ale to było już w istocie tylko smętne echo dawnej świetności.
Funkcjonuje jeszcze ostami Mohikanin tego procederu (weteran z czasów kina „Stylowy”), który dorywczo zajmuje się obsługą kin. Stary, posiwiały. Osiągnął pewną zamożność, ma wóz niezłej marki, prowadzi z synem warsztat blacharki samochodowej. Jednak zew krwi co jakiś czas ciągnie go do kina i ten stary koń krząta się czasem pod „Relaksem” lub „Luną”. „Parter czy balkon? Parka czy więcej?” – pyta monotonnie, podchodząc do ludzi wystających w kolejce przed kasą.





Komentarze
Pokaż komentarze (1)