(Monika Olejniak rozmawia z Waldemarem Rekściem)--------------------------------------------------------------
- Dlaczego jest pan wrogiem prezydenta Sopotu pana Jacka Karnowskiego ?
- Nie jestem niczyim wrogiem i przez lata z najwyższym uznaniem oceniałem jego poczynania, jakkolwiek docierały do mnie różne nieciekawe informacje, które składałem na karb elementu polskiego piekiełka. Dopiero publikacja w ,,Rzeczypospolitej” wprawiła mnie wręcz w osłupienie, pokazując wszystko w zupełnie innym świetle.
- Opublikował pan w internecie dwa artykuły, z których szczególnie ostatni wywołał prawdziwą burzę. Jak to pisze jeden z internautów pan się kompletnie nie zna na sprawach biznesu, a tak autorytatywnie pisze o tych sprawach. Kto panu dał prawo do takich wypowiedzi ?
- Tekst, o którym pani mówi, musiał trafić w dziesiątkę – samo sedno sprawy, stąd taka reakcja, że zadano sobie nawet trud, aby prześwietlić cały mój życiorys i starać się mnie oszkalować na forum Salon 24, w czym celuje jakiś osobnik kryjący się za anonimowym nickiem ,,freak”. A użyte przeze mnie terminy internauci powtarzają na forum ,,Dziennika Bałtyckiego” w odniesieniu do innych sopockich problemów.
W latach 1993 – 97 byłem szefem technicznym międzyrządowej spółki żeglugowej na Dalekim Wschodzie. M.in. aranżowałem i dozorowałem remonty statków i ich zakup. Przez moje ręce przechodziły setki tysięcy i miliony dolarów i to z takim rezultatem, że w stosunku do poprzednika z rekomendacji PZPR obniżyłem koszty technicznej eksploatacji statków spółki aż o 70 procent, co można sprawdzić w aktach obecnego Ministerstwa Infrastruktury. Fakt ten umiał docenić SLD – owski wiceminister Zenon Dereszkiewicz i jakkolwiek byłem członkiem ZCh – N nie tylko że mnie nie spławiono, ale i kontrakt zakończyłem po terminie, gdy z powodów rodzinnych musiałem wracać do Polski. Za moją pracę i wiedzę podziękowano mi wysokim zagranicznym odznaczeniem państwowym. Tak więc ja z autopsji dobrze znam zasady obowiązujące w światowym NORMALNYM biznesie.
- No dobrze, ale co statki mają wspólnego z gospodarką miejską ? Pan jest przecież tylko inżynierem budowy okrętów i starszym mechanikiem, a wypowiada się pan o sprawach panu obcych !
- Zasady obowiązujące w normalnym biznesie wszędzie są takie same i dotyczą każdej dziedziny. A tak się składa, że przed dziewięciu laty zacząłem rewitalizację i przebudowę należącej do mnie połowy zabytkowej willi w Sopocie, która była wręcz ruderą, wymagającą bardzo kosztownego remontu kapitalnego łącznie z rozbiórką części, która była nie do uratowania. Tak więc sprawy te znam z autopsji.
Publikacja w ,,Rzeczypospolitej” była niezła, tylko wskazywała na sprawy bez większego znaczenia - gangsterzy jako nabywcy nieruchomości, posada dla syna działacza PO. To są – za przeproszeniem – duperele.
Sednem sprawy jest wycena superatrakcyjnej nieruchomości, którą nie tylko w moim odczuciu sprzedano za bezcen.
Prawdą jest to, co napisał jeden z internautów, że większość mieszkańców Trójmiasta akceptowała rzeczywistość, tyle że, ta akceptacja wynikała z niewiedzy. Bo i kto poza garstką wtajemniczonych wiedział do tej pory, za ile się sprzedaje atrakcyjne działki i nieruchomości. Dopiero ujawnienie tego faktu i to w odniesieniu do jednego tylko obiektu wywołało prawdziwą burzę. Tłumaczenie, jakoby nie można było znaleźć innego nabywcy brzmi jak komunikat Radia ,,Erewań” i można je między bajki włożyć.
Na stronie ONET PL jeden z internautów opisał, jak wyglądają ,,przetargi” w Trójmieście na własnym przykładzie. Jego firma zgłosiła udział w przetargu na przedsięwzięcie, którego koszt władze miejskie oszacowały na 28 milionów złotych, a on był to gotów zrealizować za 10 milionów. Bardzo uprzejmie został wezwany do siedziby konkurencyjnej firmy w Warszawie, której właścicielem jest były funkcjonariusz służb specjalnych PRL. Po grzecznym powitaniu został zaproszony do ,,konferencyjnego” pokoju bez okien, gdzie trzech panów złożyło jemu już w języku Tomasza Lisa ,,ofertę nie do odrzucenia”. Następnego dnia wycofał się z ,,przetargu” w trosce o życie żony i dzieci.
Publikacja w ,,Rzeczypospolitej” nie podawała, jakie są realne ceny nieruchomości w Sopocie, co jest najważniejsze, a skąd ma o tym wiedzieć mieszkaniec Rzeszowa czy Ciechanowa.
- A co ich mogą obchodzić sopockie sprawy ?
- Bo jest to ogólnopolska patologia. Sedno sprawy tkwi w wycenie gruntów czy nieruchomości, które są przez władze miejskie czy gminne wystawiane na ,,przetargi”. O ile kwestia kilku milionów złotych jest sprawą dyskusyjną i autorzy transakcji mogą się obronić, to powyższy przykład aż nadto dobitnie pokazuje, że ci ludzie często wręcz tracą instynkt samozachowawczy, idąc na ,,całość”. W biznesie funkcjonuje i owszem, nieformalna cicha ,,prowizja” za załatwienie intratnego biznesu dla takiej a nie innej firmy. Jest to w całym świecie przyjęta suma około 3 procent od wielkości transakcji. Ale rażące zaniżanie ceny nieruchomości o dodatkowych ,,uwarunkowaniach” nie wspominając czynią rzecz skandaliczną, nie mieszczącą się w kategoriach normalnego biznesu. Przed kilku miesiącami w moim sąsiedztwie od ręki sprzedano mieszkanie ca 150 metrów kwadratowych do kapitalnego remontu z garażem i 300 metrowym ogrodem za 2,2 miliona złotych. Wystarczy tą cenę porównać z 1,6 miliona, za które sprzedano duży trzypiętrowy dom w dobrym stanie technicznym do tego ze znakomitą wprost wymarzoną lokalizacją, a wnioski są oczywiste.
Takich transakcji jest znacznie więcej nie tylko w Sopocie. Oczywiście CBA nie jest w stanie wszystkie je wyłapać. Potrzebna jest zmiana ustawy o samorządzie, gwarantująca realną bieżącą kontrolę obywateli nad poczynaniami władz samorządowych i możliwość szybkiej zmiany władz samorządowych, które nie potrafią podołać obowiązkom.
- Jak to napisał ,,freak” był pan wieloletnim członkiem SD – satelity PZPR i jakoś mieszkańcy Gdyni pana nie zaakceptowali, skoro w prezydenckich wyborach zdobył pan zaledwie 0,7 procenta głosów...
- O start w wyborach poproszono mnie tuż przed wyborami, nie miałem więc żadnych szans. Cała kampania kosztowała mnie zaledwie 3 tysiące złotych, co jest sumą śmieszną, do tego miałem pomoc zaledwie garstki wolontariuszy. A i tak zebrałem prawie 0,8 procenta głosów, wyprzedzając znaną i szanowaną w Gdyni osobę.
Zgodziłem się w tych wyborach wystartować, aby pokazać ,,gest Kozakiewicza” kilku nikczemnikom i społeczeństwu Gdyni zwrócić uwagę na najważniejsze problemy ich miasta. W toku publicznych debat i bardzo zresztą kulturalnych dyskusji z prezydentem Wojciechem Szczurkiem prosiłem jego, aby skorygowano architekturę Sea Towers dostosowując ją do unikatowego przedwojennego gdyńskiego modernizmu i aby bardziej energicznie zajęto się stanem dróg, gdyż na przykład bardzo ruchliwa prowadząca przez las ulica Sopocka w obrębie Gdyni nie ma nawet słupków odblaskowych. Niestety, nic z tych debat nie wynikło, a dziś społeczeństwo nie tylko Gdyni obudziło się z ręką w nocniku, gdy okazało się, że nie będzie miało możliwości podziwiać panoramę Zatoki Gdańskiej z najwyższego piętra Sea Towers, który jest zespołem apartamentowców dostępnych tylko dla właścicieli. Apartamentowce są oczywiście potrzebne, ale w tym reprezentacyjnym miejscu Gdyni przy Basenie Prezydenta powinien stanąć dostępny dla wszystkich elegancki hotel – wizytówka miasta. Sea Towers można i trzeba było postawić kilkaset metrów dalej.
,,Solidarność” zakładałem na m/s ,,Świdnica” u brzegów Afryki, gdy nikt z nas nie tylko nie słyszał o Lechu Wałęsie, ale i nawet nie wiedzieliśmy, jak się nasz związek będzie nazywał.
Po wprowadzeniu stanu wojennego zajmowałem się nieco kolportażem ,,bibuły” i gdy w połowie lat 80, działalność podziemnej ,,Solidarności” zaczęła zamierać, w konspiracyjnym ,,Tygodniku Mazowsze” (co łatwo sprawdzić) pojawiła się sugestia, aby wzorem warszawskich zakładów elektronicznych, bodaj UNITRY, zalegalizować działalność ,,Solidarności” pod szyldem Stronnictwa Demokratycznego. Część kolegów z Polskich Linii Oceanicznych podchwyciła ten pomysł i tym sposobem zostałem formalnie członkiem SD. Oczywiście, dyrekcja PLO doskonale wiedziała o co chodzi, ale musiała nas tolerować, a ja mogłem się zająć obroną interesów oficerów mechaników, dyskryminowanych we wszystkich ,,demoludach”. Moja przygoda z SD, czego nigdy i nigdzie nie ukrywałem, trwała więc zaledwie cztery lata, a uprzednio nie należałem ani do PZPR, ani nawet do ZMS.
- Ale pan atakuje nawet prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza. Czy aby pan nie przesadza, wszędzie się dopatrując jakichś nieprawidłowości ?
- Byłem pierwszym prezesem – założycielem gdańskiego oddziału Towarzystwa Opieki nad Zabytkami i staram się ratować bezcenny gdański zespół zabytkowy, z którym ostatnimi laty dzieje się nienajlepiej. Przykład pierwszy z brzegu, to gdański Dworzec Główny, do niedawna uchodzący za jeden z najpiękniejszych zabytkowych dworców świata. Unicestwienie wnętrza monumentalnej hali głównej tego dworca poprzez podział jej na piętra i jakieś banalne sklepiki woła o pomstę do nieba.
Dziękuję za rozmowę
[ z listów do redakcji - nadesłał W.Rekść ]




Komentarze
Pokaż komentarze (5)