96 obserwujących
826 notek
1071k odsłon
1571 odsłon

W jakim celu Rzeczypospolita uczy?

Wykop Skomentuj37

Przysłuchiwałem się ostatnio debacie poświęconej edukacji. W czasie niej, pewien młody i doskonale wykształcony ekspert stwierdził, że Państwo jest odpowiedzialne za edukację i musi tą edukację tak prowadzić (znaczy się utrzymywać szkoły i nauczycieli) tak aby spełniać potrzeby rynku. Po czym oczywiście zarzucił, iż edukacja obecnej Rzeczypospolitej w żaden sposób nie odpowiada na zapotrzebowania rynku, gdyż nie szkoli teraz tak potrzebnych informatyków.

Ciekawy jestem skąd Pan ekspert ma tak doskonałą zdolność odczytywania potrzeb rynku, których jak wiemy, nie jest w stanie nigdy odgadnąć urzędnik publiczny. Zaproponowałbym Panu ekspertowi w imieniu Rzeczypospolitej taką umowę: skoro twierdzi Pan, że za 10 lat Polska będzie potrzebować 60.000 informatyków, to ja w imieniu Państwa zobowiązuje się, że za 10 lat Polskie uczelnie opuści taka właśnie liczba informatyków, Pana eksperta natomiast proszę o podpisanie weksla, na wypadek gdyby ci informatycy za lat 10 nie znaleźli pracy, bo się Pan pomylił w swoich przewidywaniach, to wtedy z tego weksla będzie wypłacane im odszkodowanie za brak pracy i pieniądze na ich przekwalifikowanie.

Oczywiście już można przewidzieć obronę takiego eksperta, który po 10 latach stwierdziłby, że może i nawet Państwo wykształciło informatyków, ale wykształciło słabych informatyków.. no a poza tym oczekiwania rynku się zmieniły… Ach ten mityczny Rynek.

Pozwolą Państwo, że temu mitycznemu Rynkowi przeciwstawię pojęcie Państwa. Otóż Państwo kształci swoich obywateli nie tylko na potrzeby tego mitycznego rynku, ale na potrzeby swoje – bo dobrze jest mieć wykształconych obywateli, na potrzeby samych obywateli – aby ci w pełni mogli korzystać ze swojego człowieczeństwa, wreszcie kształci na potrzeby Społeczeństwa, aby obywatele przechodząc obowiązek szkolny, poznając szkolnych kolegów, koleżanki zrozumieli że są istotami społecznymi, żyjącymi z innymi i obok innych ludzi. To znaczy, że potrzeba wyedukowania pracownika jest tylko jedną z wielu przyczyn edukacji i na względzie Państwo musi mieć także inne czynniki, niż tylko potrzeby rynkowe.

Tymczasem Pan ekspert chciałby aby Państwo dostarczało rynkowi w gruncie rzeczy niewolników, żyjących tylko dla pracy. Dostosowanych do potrzeb rynku. Piękne pojęcie: potrzeby rynku. Strasznie chwiejne, tak jak chwieją się i zmieniają potrzeby rynku. Pamiętam, że gdy szedłem na studia, to gazety były pełne artykułów, że najbardziej przyszłościowymi studiami i oczekiwanymi przez rynek są nauki polityczne. Jak po 5 latach od tych zapowiedzi kończyłem studia, to pisano że rynek teraz już nie potrzebuje politologów, a najbardziej teraz potrzebni są wykwalifikowani ratownicy medyczni. Zacząłem mieć podejrzenia, że za tymi „potrzebami rynku” stoją właściciele szkół wyższych, tworzących coraz to nowsze kierunki studiów, i w ten sposób kreujących sobie popyt na proponowane kierunki.

Dlatego też bronić będę szeroko i dobrze rozumianego wykształcenia ogólnego. Opartego nie na tytule magistra, ale na maturze na poziomie liceum. Takiego wykształcenia dającego na tyle szeroką wiedzę o świecie i na tyle szerokie umiejętności, że pozwalające się odnaleźć na wielu płaszczyznach zawodowych. Ze swojego krótkiego urzędniczego doświadczenia wspomnę, że gdy poszedłem do pierwszej pracy, to nikt nie pytał mnie o znajomość zagadnień ze studiów – ot chociażby egzamin z prawa międzynarodowego publicznego, teorii polityki, międzynarodowych stosunków gospodarczych, ale pytał o tak przyziemne rzeczy, jak obsługa ksero czy szybkie pisanie na komputerze. No i stałem później z tymi dokumentami przy kserze… i zastanawiałem się po co szedłem na studia, skoro po maturze mogłem od razu zacząć stażować w urzędzie, i tak chociażby doświadczeniem zawodowym miałbym już przewagę nad świeżo przyjmowanymi studentami. Umiejętność zaś szpanowania wiedzą uniwersytecką blednie, kiedy ma się na koncie wyższą pensję z tytułu dłuższego stażu, oraz lepiej i szybciej potrafi się kserować decyzję.

Jeżeli mógłbym szukać argumentów dla poparcia tezy Pana eksperta, że nasze szkolnictwo źle reaguje na potrzeby rynku, to podrzuciłbym jednak taki przykład. Mój dobry przyjaciel studiował budowę maszyn na Uniwersytecie Technicznym w Berlinie. Od 1 roku studiów miał na każdym roku miesiąc praktyk w zakładach Siemensa, gdzie dostawał swoją szafkę na ubrania i na 8 h szedł do tokarki wytwarzać to co wcześniej sobie na desce zaprojektował. To się nazywa praktyczna nauka zawodu. Po zakończeniu studiów zrobił jeszcze na swoim uniwersytecie studia doktoranckie, po czym, jak mi to tłumaczył, musi pójść pracować do Przemysłu, i dopiero gdy wróci z takim 10 letnim doświadczeniem w Przemyśle, w jakiejś konkretnej fabryce, to będzie mógł pisać habilitację na Uniwersytecie. To jest jakiś dla mnie koronny dowód połączenia nauki teoretycznej z praktyczną i dowód na wyższość niemieckiego modelu edukacji.

Tylko że ta potęga niemieckiego modelu nie bierze się z nastawienia na potrzeby rynku! lecz z tego że Niemieckie Państwo jest poważne, poważnie traktuje swoich obywateli i nie daje się zwodzić jakimś rynkowym znachorom. Przecież Państwo nie może co 5 lat zmieniać modelu edukacji, tylko dlatego że ktoś tam wymyślił, że teraz potrzeby rynkowe są dla mechaników, a za 5 lat będzie potrzeba florystek. Nie można marnować talentów w poszczególnych pokoleniach, zmuszając ich do nieustanej pogoni za wykształceniem oczekiwanym przez rynek. Państwo ma rozwijać talenty w swoich obywatelach, a nie spełniać nawet najgłupsze i nieprzemyślane zachcianki rynku. Nie może Państwo odmówić rozwoju talentu muzycznego, tłumacząc komuś że z tym talentem to zaprasza za 10 lat, bo teraz kształci się weterynarzy. Nie może też Państwo ogłupiać obywateli w ten sposób, że ci zamiast szukać talentów w sobie, odpowiadać na pytanie, co lubią robić, na czym się znają, wertują nieustannie przepowiednie, co to też rynek będzie potrzebował za ileś lat.

Nie można zbyt lekko ulegać tworzącym rynek pracodawcom, których zdaje się największym pragnieniem byłoby dostarczenie im do drzwi przez Państwo doskonale wykształconego i wyprofilowanego  pod ich potrzeby pracownika. Państwo aż tak wszechpotężne i przewidujące nie jest aby wiedzieć jakiego to konkretnie pracownika o jakich umiejętnościach będzie potrzebować firma pana Kowalskiego z powiatu Nowosolskiego. Ten pracodawca musi też mieć na swoich barkach pewną odpowiedzialność, że otrzyma on pracownika, którego też będzie musiał wyszkolić, dostosować do wymogów swojej firmy. Musi sobie też zdawać sprawę, że zawsze będzie miał do czynienia z człowiekiem, konkretnym żywym człowiekiem, a nie wyprofilowanym produktem rynkowym.

Zdaje sobie sprawę, że rzeczywistość nasza obecna gospodarcza, liczba prywatnych szkół czy uczelni, będzie przeczyć następującym słowom, ale edukacja nie jest gałęzią gospodarki, ale bardzo poważnym zadaniem Państwa. Nie jest tyle co zjawiskiem ekonomicznym, ale bardzo złożonym procesem społecznym.

 

Wykop Skomentuj37
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale