96 obserwujących
826 notek
1059k odsłon
2028 odsłon

Prawo, polityka, dobro narodu

Wykop Skomentuj31

Marszałek Senior Kornel Morawiecki swoją wypowiedzią o Dobru Narodu i jego nadrzędnej roli wobec prawa wzbudził niemały popłoch wśród zwolenników naszego obecnego regimu – demokratycznego Państwa prawnego. Wczoraj swoje oburzenie w Lisowym programie wyrażał senator Pociej. Jest zatem stosunkowo dobry moment, przy ciągle trwającym kryzysie konstytucyjnym, nad refleksją względem trzech pojęć: polityki, prawa i dobra narodu, ich podrzędności/ nadrzędności oraz relacji między nimi.

Wśród wielu sentencji jakie możemy znaleźć na warszawskim Pałacu Sprawiedliwości – siedzibie Sądu Najwyższego, wyczytać możemy spiżowe łacińskie „Omne ius hominum causa constitutum est” – każde prawo stanowi się z myślą o człowieku. To upewnia mnie w słuszności stanowiska, iż prawo jest tylko narzędziem polityki. Samo prawo nie jest celem samym w sobie. Wszak nie dążymy do stanowienia prawa, ale stanowimy prawo aby rozwiązać jakiś istniejący na skutek życia codziennego problem. Polityka zaś to ogół relacji w jakie wchodzimy ze sobą żyjąc w społeczeństwie, w jego póki co najdoskonalszej formie jaką jest Państwo.

Oczywiście sentencja jest tylko sentencją i jak wiele poważnych spraw i poważnych pojęć III Rzeczypospolita zostało sprowadzone do roli frazesu, który ot tak można sobie powtarzać. Prawo stanowi się w Polsce nie dla obywateli, nie dla ludzi, ale dla jakiś, często bliżej nieokreślonych, interesów. Przy czym nie jest prawo w Polsce stabilną i potężną skała, ale ma charakter mocno obrotowy.

Charakter obrotowy naszego prawa możemy udowodnić na przykładzie dwóch pięknych pojęć prawa rzymskiego: Pacta sunt servanda – umów należy dotrzymywać; Rebus sic stantibus – zasadnicza zmiana okoliczności, pozwalająca na uwolnienie się od wcześniejszej umowy. Oba te pojęcia są dla prawa konieczne dając – pierwsze – stabilność oraz pozwalające – drugiej - na zwolnienie się z zobowiązania, kiedy nie sposób go wykonać lub nie ma to najmniejszego sensu. Przekładając to na sytuację z dnia codziennego, klauzula rebus sic stantibus pozwala nam na ucieczkę od zobowiązania, gdy druga strona wrzeszczy „pacta sunt servanda” i sama nie wykonuje własnych zobowiązań. Kwestia zawsze jest w tym jak te pojęcia są i kiedy stosowane. W przełomie roku 1989 to pojęcia stosowano tak. W kwestiach politycznych podstawową zasadą było Pacta sunt servanda i to na podstawie tej zasady nie można było nic zrobić byłym komunistycznym działaczom. Natomiast w kwestiach cywilnych, dotyczących życia obywateli naczelną zasadą było „rebus sic stantibus” i zgodnie z tą zasadą, obywatele nie mogli niczego już domagać się od Państwa czy od swoich kontrahentów, albowiem z uwagi na zmianę ustroju, zobowiązania mogły ulec odpowiedniej zmianie.

W takiej sytuacji zawsze mnie dziwi, jak Prawo próbuje udowodnić swoją doskonałość i sprawiedliwość i udowadnia to przez porównanie z polityką. No właśnie – polityka. Piękna sztuka polityki została w III Rzeczypospolitej sprowadzona do umiejętności zgrabnego sformułowania jakiegoś programiku wyborczego na ulotkę oraz odpowiedniego doboru koszuli i krawatu na występ w telewizji. Sejm, zamiast stać się miejscem stanowienia prawa, gdzie ludzie z różnych sfer życia społecznego Państwa przynoszą swoje doświadczenia i w toku swobodnej wymiany myśli i poglądów tworzą ludzkie i logiczne przepisy, stał się nasz Sejm miejscem przerzucania się hasełkami i bon motami.

Sejmowi (polityce) w tym sporze z Prawem (Sądami) jedna rzecz, jedno pojęcie mocno przeszkadza: pojęcie racjonalnego ustawodawcy. Jest to pewne domniemanie, że każda ustawa która wychodzi z Parlamentu jest na swój sposób doskonała i jest wprowadzana w celu zrealizowania słusznego interesu obywateli. Te domniemanie dość często upada już w momencie kiedy tworzy się uzasadnienie ustawy i w uzasadnieniu tym umieszcza się myśli w stylu: „dostrzega się możliwość różnych wykładni i interpretacji przepisu, lecz doktryna i orzecznictwo z pewnością wypracuje odpowiednie rozwiązanie”. Oznacza to, że Sędziowie dostają dość trudną łamigłówkę, która powinna być rozwiązana na poziomie parlamentu, i miast w czasie procesu skupić się na ustaleniu faktów i do ustalonych faktów zastosować odpowiednie prawo, muszą także bawić się w wykładnię przepisów. To zaś kończy się często tym, że w sprawie A Sąd orzeka X, natomiast w takiej samej sprawie inny Sąd może orzec B i uzasadnić to tym, że nie podziela linii orzeczniczej poprzedniego Sądu. Efekt dla obywatela zaś jest taki, że ma prawo zwątpić czy aby na pewno wszystkich obowiązuje to samo prawo.

Gdy zaś mówimy o obywatelu. Otóż obywatel w relacji z politykiem (polityką) jest przede wszystkim wyborcą. Gdybyśmy wyobrazili sobie zatem obywatela Kowalskiego mającego spór z obywatelem Nowakiem. Spór o miedzę, o zapłatę, o niewłaściwie wykonaną pracę, o cokolwiek. I wyobrazili sobie, że oto na 16:30 do Posła (polityka) przychodzi z tą sprawą Kowalski, a o 17 przychodzi oddzielnie Nowak, to polityk przyzna obu rację. Kowalskiemu polityk powie, że on ma absolutną rację i prawo jest za nim, a wszystko to wina Nowaka i głupiego Sądu, w którym przecież wiemy kto siedzi. Spotkanie takie zakończy się oczywiście zachętą do oddania głosu na polityka w wyborach i tak zachęcony wyborca, pewnych przyznanych racji, głos ten odda. Gdy zaś półgodziny później przyjdzie Nowak to usłyszy prawie to samo, to znaczy polityk powie że to Nowak ma absolutną rację i prawo na pewno jest zanim, a wszystko to wina Kowalskiego i głupiego Sądu, nie znającego prawa, ale przecież wiemy kto tam w sądach siedzi. Jeżeli czegoś w tych rozmowach polityk – wyborca nie ma, to merytorycznego rozpoznania sporu. Ale przecież to domena Sądu (prawa) właśnie.

Do Sądu Kowalski i Nowak nie przyjdą jako wyborcy, ale jako strony postępowania i Sąd musi jakiś istniejący pomiędzy nimi spór rozstrzygnąć. To nie jest łatwe zadanie, zwłaszcza gdy mamy przepisy dające się wykładać na wiele sposobów. Często wyrok jaki Sąd wyda, będzie w opinii i Nowaka i Kowalskiego niesprawiedliwy. A niesprawiedliwość tego wyroku nie zostanie przypisana jakiejś autorefleksji, że oto samemu można było coś w sobie poprawić, lepiej zabezpieczyć własny interes… do tego wyborca, który wcześniej usłyszy od polityka zapewnienie o własnej racji nie jest zdolny. Skończy się zatem na tym, że oberwie się Sądowi. I w ten sposób pomiędzy Polityką a Prawem jest w Polsce Pat.

Pat, którego żadna ze stron nie chce przezwyciężyć. Politycy wolą bawić się w telewizji niż mieć chwilę refleksji nad swoim zadaniem i rolą. Prawnicy zaś wolą uchodzić za mędrców narodu, jednakże nie chcąc brać żadnej odpowiedzialności za los Państwa.

Taką odpowiedzialność za los Państwa prawnicy musieliby powziąć, gdyby w nasze Prawo została wpisana, i to wpisana na poważnie, definicja Dobra Narodu. Tak żeby prawo nie było konstrukcją samą dla siebie, ale tą konstrukcją regulującą nasze życie codzienne, stosowanie do naszego charakteru, potrzeb i stawianych celów. To dla prawników będzie o tyle ciężkie, że w tym momencie musieliby się stać politykami, zdolnymi do umiejętności zdefiniowania celów życia człowieka i społeczeństwa. Wydaje się proste?  To jaki mamy Cel? Po co żyjemy? Po co to nasze całe życie jako człowieka? Po co to wszystko? Przecież, i to będzie pointa użyczona od Makbeta dla tego niedokończonego dziś tekstu…. „Życie jest przechodnim cieniem Nędznym aktorem który wygrawszy swą rolę przez parę chwil na scenie w nicość przepada Powieścią idioty. Głośną, wrzaskliwą a nic nie znaczącą." 

Wykop Skomentuj31
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale