5 obserwujących
119 notek
77k odsłon
471 odsłon

Mity¹ „niby-demokracji”² Demokracja = władza ludu

Wykop Skomentuj

 

 

W sensie etymologicznym zjawisko określane współcześnie jako antyczna demokracja grecka, od swego zaistnienia aż do upadku, było „władzą demosu”. Słowo demos współcześnie powszechnie tłumaczy się jako lud, a więc demokracja w sensie etymologicznym to „władza ludu.
 
To etymologiczne postrzeganie demokracji (np. def. demokracji Abrahama Lincolna – „władza ludu, sprawowana przez lud, dla ludu”) zostało zanegowane w XX wieku, głównie przez tych teoretyków, którzy twierdzili, że demokrację definiują określone procedury, np. wybory. Pierwszy nurt krytyki (np. Giovani Sartori) sprowadzał się do udowodnienia, że współcześnie ludu nie ma, bo nie można go dookreślić poprzez wyodrębnienie z „całości” ludzi żyjących w państwie. Drugi nurt krytyki (np. Joseph Alois Schumpeter) sprowadzał się do twierdzenia, że nawet jeśli  lud  istnieje, to sprawowanie przez niego władzy jest fikcją. De facto ludzie mogą jedynie wybrać, kto ma nimi rządzić.
 
Rzecz w tym, że całość tej krytyki była „wycelowana w próżnię”. Zarówno przedstawiciele jednego i drugiego nurtu popełniali bowiem ten sam błąd. Przy czym trzeba zaznaczyć, że błąd ten powstał dużo wcześniej. Wtedy, kiedy utożsamiono demos -  zbiorowość  ludzi „sprawujących” władzę w tych antycznych polis greckich, których ustrój nazywano  demokracją - z ludem.
 
Podstawą do utożsamiania wyobrażeń nowożytnego ludu  z wyobrażeniami antycznego  demosu  było określone podobieństwo. W obu przypadkach można bowiem wskazać, że pojęcia (wyobrażenia) te obejmowały - w określonym momencie swego istnienia -niższe warstwy społeczeństwa”: nie-arystokrację i nie-szlachtę (plus nie-panującego). Problem polega na tym, że gdy społeczność określana jako demos oraz społeczność określana jako lud  zdobywała władzę w państwie, to pojęcia te rozciągano na ogół obywateli, przy czym wtedy jednocześnie z kręgu desygnatów tego pojęcia wypychano wszystkich tych, którym odmówiono praw obywatelskich (np. z powodu cenzusu majątkowego lub z powodu pochodzenia z innego kraju),co nie znaczy, iż oni sami nie postrzegali siebie, lub przez innych nie byli postrzegani, jako „lud”, czy jako demos, jako „też lud” (demos) lub jako „prawdziwy lud” (demos).
 
Tak więc pojęcie(oraz wyobrażenie) demosu  nie było jednakie przez cały okres
istnienia zjawiska (fragmentu rzeczywistości) określanego tym pojęciem. Na podstawie dostępnych faktów można, mniej więcej, prześledzić, jak zmieniał się krąg osób, tak nazywanych. Początkowo, w VII w. p.n.e., pojęcie demosu oznaczało tych wszystkich, którzy nie należeli do rodów – czyli wtedy demos to „nie-arystokracja”. Jest zadaniem dla naukowców lubiących trudne, jeśli nie beznadziejne zadania, znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy wtedy - i w jakim ewentualnie zakresie - demos, czyli nie-arystokracja, obejmował niewolników.
 
Wraz ze zdobywaniem przez „nie-arystokrację” praw politycznych zakres pojęcia demos musiał ulegać zmianie, co najlepiej widać na końcu tego procesu, czyli w momencie zaistnienia zjawiska nazwanego demokracją. Skoro bowiem demokracja to władza (rządy) demosu, to demos musiał wtedy oznaczać wszystkich tych, którzy, będąc obywatelami, w tym rządzeniu faktycznie uczestniczyli, a więc także te warstwy społeczeństwa, które kiedyś stanowiły arystokrację.
 
W tej nowej sytuacji demos jako „ogół obywateli” nie obejmował już jednak tych grup społeczeństwa, których członkowie nie posiadali praw obywatelskich. Powstaje pytanie, czy wtedy ludzie należący do warstwy stanowiącej kiedyś arystokrację czuli się członkami demosu, czy też tylko z „zero-jedynkowej” logiki naszych wyobrażeń wynika ich włączanie w obręb tego pojęcia? Powstaje też pytanie, czy ludzie nie mający praw obywatelskich nie byli już demosem i czy tak siebie już nie postrzegali? A co z kobietami - z tymi, które, będąc obywatelami, mimo to były wykluczone z życia politycznego?
 
Stanęliśmy więc w obliczu paradoksu wynikającego z prostego zestawienia dwóch faktów:
I. Nie tylko dość powszechne przekonanie, ale także dostępne nam fakty, potwierdzają istnienie w niektórych antycznych polis greckich zjawiska nazywanego demokracją.
II. Zarówno antyczne, jak i współczesne wyobrażenia utożsamiające „zbiorowość” (krąg) osób,uprawnionych z racji obywatelstwai z racji jednoczesnego posiadania praw politycznych do decydowania o wszelkich sprawach wspólnych w ramach niektórych polis z demosem, są błędne, ponieważ w żadnym momencie istnienia antycznych demokracji, w żadnej z ówczesnych polis, krąg („zbiorowość”) osób nazywanych demosem nie pokrywała się z (kręgiem) osób „decyzyjnych” w danej polis.
 
Widzimy więc, że podstawowy błąd powstał już wtedy, kiedy „zbiorowość ludzi” sprawujących władzę w antycznych demokracjach utożsamiono z demosem. Wtedy jednak mogło to być jedynie „uproszczenie w opisie”.
Kolejny błąd powstał wtedy, kiedy - już w czasach nowożytnych - utożsamiono tę „zbiorowość ludzi”z ludem.
Jeszcze kolejny - kiedy sprokurowano (J.J.Rousseau) holistyczne wyobrażenie ludu.
Od tego momentu wszelkie teoretyczne rozważania (nie tylko te o charakterze „empirycznym”, ale także o charakterze „powinnościowym”) o demokracji jako „władzy ludu” były - tylko i wyłącznie - opisywaniem rzeczywistości „wyobrażeniowej”, a nie rzeczywistości realnej.
Paradoksalnie, taki stan rzeczy był – i jest nadal – niezmiernie wygodny dla pewnych grup ludzi. Tych, którzy nie są zainteresowani, aby ogół wolnych obywateli, na zasadzie równości, decydował o państwie - o wszystkim, co jest w tym państwie dla tych obywateli wspólne.
 
Zdefiniowanie demokracji jako „władzy ludu” umożliwiło jej sprawowanie – tym, którzy ją sobie przywłaszczali kosztem obywateli – formalnie w imieniu ludu, jednak nie dla ludu (ludzi), ale dla realizacji interesów swoich i swojej kliki. Mogliśmy to obserwować w tzw. „demokracjach ludowych” i obserwujemy nadal wokół.
 
Rzecz w tym, że ci którzy zanegowali definicję demokracji – jako „władzę ludu”, zaproponowali rozwiązania, które były - i są - nie mniej szkodliwe dla demokracji. Umożliwiają one zawłaszczanie państwa przez różnego typu kliki i hordy pod formalnym płaszczykiem „demokracji”, przy czym ci, którzy tego dokonują, głośno krzyczą, że ten patologiczny ustrój, który sprokurowali, jest „demokracją”. Obywatele widzą wokół siebie ogólny „bajzel”: zawłaszczanie państwa dla prywaty, korupcję oraz tym podobne zjawiska… - i przestają „chcieć” demokracji.
Zawłaszczyciele” „zacierają ręce” - najlepsze interesy robi się w mętnej wodzie.... (ale o tym w kolejnych tekstach)
.............................
1. Mit (def. autora) – utrwalone i nadal rozpowszechniane wyobrażenie, nieadekwatne do rzeczywistości. W ujęciu potocznym – bzdura;
2.”Niby-demokracja” (def. autora) – ustrój nie będący demokracją, ale jako taki prezentowany określonemu ogółowi, będący najczęściej „misz-maszem” oligarchii, autokracji, czasem także dyktatury. O uznaniu go za „demokrację” mają przesądzać określone „wyznaczniki”. Jednym z nich ma być przeprowadzenie wyborów.
 
....................................
..................................
 
INNE TEKSTY AUTORA NA: http://grudziecki.blog.pl/
Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale