5 obserwujących
126 notek
87k odsłon
  734   0

Interwencja w Syrii, czyli.... czy USA są demokracją?

 

Dzisiaj wiele osób elektryzuje kwestia, czy „Amerykanie” (USA) uderzą na Syrię, a jeżeli uderzą, to: kiedy i jak to zrobią. W stacjach telewizyjnych pojawiają się eksperci z wielu dziedzin, którzy roztrząsają tę kwestię w najróżniejszych kontekstach. Przyznam się, że, najprawdopodobniej ze względu na swoje „zainteresowania”, oglądam tę całą sytuację z trochę innej perspektywy. Nie za bardzo interesuje mnie analizowanie, czy „Amerykanie” będą interweniować, bo „chcą dorwać się do syryjskiej ropy”, czy nie. Po pierwsze dlatego, że „przypadkiem” wiem, iż USA bliskie są przekształcenia się z importera w eksportera gazu oraz bliskie są osiągnięcia samowystarczalności jeśli chodzi o ropę (spadek zużycia + wzrost wydobycia). Po drugie – o czym poniżej – jest dla mnie czymś oczywistym, że (prawie) każda interwencja USA służy realizacji interesów amerykańskich koncernów. Proszę, szanowni czytelnicy, przeanalizujcie historię „angażowania się” USA poza granicami własnego kraju i udowodnijcie, że „szerzenie wolności” i wprowadzanie „ordo Americana” nie jest z nimi zbieżne.

Na obecne działania USA wobec Syrii patrzę w dwóch kontekstach: w kontekście „istoty” ONZ i w kontekście nich samych: w kontekście ustroju USA.

Konflikt syryjski, jak i wiele wcześniejszych, uwidacznia „przekłamanie” tkwiące w nazwie United Nations. Jeżeli nie będziemy się nawet czepiać słowa „united” - „zjednoczone”, to drugie słowo powinno brzmieć „States”, a dla zaakcentowania globalnego charakteru mogłoby pojawić się dookreślenie „of Earth” (ew. „of World”). To, że ONZ (UN), jest takim „United States of Earth”, a de facto jedynie forum ścierania się interesów polityków rządzących w poszczególnych państwach, powoduje, w przypadkach takich, jak syryjski, nie ma PODMIOTU władnego działać w interesie krzywdzonej (teraz już na pewno przez wszystkie strony konfliktu) ludności. Póki nie powstanie jakiś ogólnoświatowy „parlament” (ale mój absolutny sprzeciw wobec jakiegoś światowego rządu) o odpowiednich kompetencjach, jeszcze nie raz będziemy świadkami podobnych zdarzeń jak w Syrii. My ludzie – obywatele będziemy mogli się jedynie przyglądać, natomiast politycy będą rozgrywać swoje interesy, w dużej mierze uwarunkowane ich(polityków) sytuacją(pozycją) wewnątrz ich krajów.

W sytuacji „niemocy” ONZ, wśród krajów, które chcą, albo które uznają, że muszą, zająć jakieś stanowisko wobec syryjskiego konfliktu, USA wyróżniają się największą zapalczywością do interwencji. Z czego to wynika? Oczywiście, przyczyn (niekoniecznie „ukierunkowanych jednowektorowo”) jest – jak zwykle – cała masa. Wiele z nich wiąże się zapewne z amerykańskimi interesami: politycznymi, gospodarczymi i innymi. Od ich analizy są „eksperci” z wielu dziedzin i... „niech analizują”. Sądzę jednak, że niebagatelny wpływ na postawę USA (a właściwie „amerykańskich” polityków”) odgrywa coś, co roboczo nazwę „syndromem młodego neofity”.

 

Po ukazaniu się głośnej książki Alexisa de Tocquevilla „O demokracji w Ameryce”utrwaliło się wyobrażenie, że USA są demokracją. Dzisiaj ciągle słyszymy, choćby z ust prezydenta Obamy, że USA to pierwsza nowożytna demokracja. Rzecz w tym, że:

a) określenie to jest nieadekwatne do rzeczywistości, bo jeśli „demokracja” (w cudzysłowie), to nie pierwsza oraz  de facto nie demokracja (bez cudzysłowu), ale republika konstytucyjna (ewentualnie też według innej nomenklatury –mojej - „niby-demokracja”);

b) „amerykańskie” postrzeganie „demokracji” przekłada się na „amerykańskie” działania w świecie – w tym na interwencje, które wcale nierzadko nie przybliżają poszczególnych społeczeństw do demokracji (bez cudzysłowu), ale których konsekwencją jest często katastrofalne pogorszenie się możliwości realizacji swych praw przez poszczególnych ludzi (według używanej „nomenklatury” - katastrofalne pogorszenie się przestrzegania praw człowieka).

 

Demokracja amerykańska” nie jest pierwszą nowożytną „demokracją”, bo bez problemu można wykazać, że „demokracja szlachecka” w Rzeczpospolitej obejmowała nie mniejszą część ludności niż „demokracja amerykańska”, że istniała na równie ogromnym terytorium i że zawierała podobne rozwiązania ustrojowe. Jedyna różnica, którą można by było próbować wskazać to to, że „demokracja szlachecka” miała charakter stanowy.De factopodobnie jednak było aż do końca I Wojny Światowej  z „demokracją amerykańską”. Do tego czasu była ona udziałem tzw. WASP, w dodatku tylko mężczyzn (z pewnymi wyjątkami w nielicznych stanach).

USA nie są demokracją (bez cudzysłowu), ale republiką. O podstawowej różnicy między tymi ustrojami pisałem niedawno w tekście: „Republika J. Gowina... czyli równi i równiejsi” (http://grudziecki.salon24.pl/528898,republika-j-gowina-czyli-rowni-i-rowniejsi). Więcej w książce: „Demokracja”.

Zarówno w demokracji, jak i w republice ludzie (obywatele) mają szereg „wolności”, w tym wolność osobistą. W republice jednak nie mają oni równej faktycznej możliwości współdecydowania, wraz z pozostałymi ludźmi tworzącymi dane państwo, o wszystkich „sprawach wspólnych”. Ta równa możliwość współdecydowaniaz reguły„szwankuje” zarówno w możliwościbezpośredniego rozstrzygania określonego katalogu spraw wspólnych (np. najważniejszych), jak i pośredniego.Rozwiązania ustrojowe powodują, że te „prawa polityczne” obywateli zredukowane są do wrzucenia kartki do urny wyborczej, a wybierani „niby-przedstawiciele” realizują interesy swoje, swoich partii, powiązanych „grup”, a najmniej – lub wcale – interesy obywateli.

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale