5 obserwujących
119 notek
76k odsłon
793 odsłony

Tak zwana „demokracja” - największy przekręt współczesności

Wykop Skomentuj2

 

Nie ma wolności bez równości.
 
25 wieków temu, w nielicznych małych państewkach (polis) na terenie Grecji zapanował ustrój, który nazwano demokracją. Był on ewenementem nie tylko w świecie ówczesnych państw - zdominowanym przez monarchie, często o teokratycznym charakterze. Był on wyłomem w całej historii państwowości aż do II tysiąclecia naszej ery. Drugim takim wyłomem (który nie był jednak demokracją) była republika rzymska.
 
Ustrój, nazwany demokracją, nie „wziął się” w tych polis znikąd. I nikt go łaskawie ich mieszkańcom nie podarował. Ukształtował się on w wyniku ostrej walki „zwykłych Kowalskich” z uprzywilejowanymi warstwami społecznymi.
Istotą tej walki było dążenie do zdobycia praw, które dzisiaj nazywamy prawami obywatelskimi i prawami politycznymi. A więc praw do (faktycznego) decydowania przez „każdego Kowalskiego”, wraz z innymi „Kowalskimi”, o całej „przestrzeni wspólnej” – o swoim państwie. Decydowania zarówno o wojnie i pokoju, jak też o zmianach w państwie, o wyborze urzędników, ale także o sprawach drugorzędnych, o drobiazgach. Elementem tych praw było prawo do kontrolowania tych współobywateli, którym powierzono pełnienie funkcji publicznych.
 
Istotą tych praw była równość. Każdy „Kowalski” (jednak wtedy tylko obywatel-mężczyzna) bez względu na to, czy jego rodzina miała korzenie arystokratyczne, czy wywodziła się z demosu – miał prawo decydować o swoim państwie tak samo, czyli w  równym stopniu. I choć konkretne decyzje na  ekklezji  (zgromadzeniu obywateli– vide: http://grudziecki.salon24.pl/529636,mity-niby-demokracji-demokracja-wladza-ludu)  podejmowane były najczęściej w głosowaniu, to głosowanie to było jedynie „technicznym sposobem” uzgodnienia (poznania) woli wspólnej. I niczym więcej.
 
Ta  równość obywateli w prawie do decydowania o swoim państwie, obok ich osobistej wolności, stanowiła istotę ustroju, nazwanego demokracją.
Ta  równość obywateli w prawie do decydowania o swoim państwie  jest też najistotniejszą różnicą tego ustroju w stosunku do ustroju republiki  rzymskiej.
W Rzymie między V – I w. p.n.e.(a formalnie II w. n.e.)  także byli obywatele. I także byli oni formalnie wolni. Ale w Rzymie o państwie faktycznie decydowali jedynie uprzywilejowani. Prawa polityczne ogromnej większości obywateli prawie w całości były fikcją.
 
Dzisiaj, w XXI wieku, ponad dwa tysiąclecia od „eksperymentu” w greckichpolis, gdzie się nie rozejrzymy, to słyszymy, że żyjemy w „demokracji”. Bez względu na to, czy oglądamy polskie programy infromacyjne, BBC, CNN, France24 czy Rosija Today..., to wszędzie słyszymy te same slogany: o „demokratyzacji” (???..!), o „demokratycznych” wyborach, o „demokratycznym” państwie prawa. Jeszcze nie tak dawno słyszeliśmy podobne slogany o podobnej wartości: o „demokracji” socjalistycznej, o „demokracji” ludowej, o „demokracji” jako dyktaturze ludu(pod przewodnią rolą partii)itd.
 
Dzisiaj „demokrację” mamy więc w Polsce, „demokrację” mamy w USA, (vide:http://grudziecki.salon24.pl/530794,interwencja-w-syrii-czyli-czy-usa-sa-demokracja) „demokrację” mamy w Rosji, „demokrację” mamy na Białorusi. Pewnie „demokrację” mamy też w Chinach. A być może nawet w Korei – Północnej! „Demokrację” mamy więc... wszędzie.
Nie ma chyba „w polityce” słowa, które zrobiło w ciągu wieku większą karierę.
 
Zwykły Kowalski” może być przekonany, że żyje w najdoskonalszym ustroju, który, co prawda, czasami wymaga jakiejś poprawy, ale którego już nie da się zmienić. Bo nie ma na co.
Tak ma myśleć. Tak chcą rządzący.
 
Zwykły Kowalski” (Braun, Smith, Iwanow...) coraz częściej dostrzega jednak, że „coś tu nie gra”, że „jest to jakiś przekręt”. Coraz częściej daje też temu swojemu przekonaniu konkretny wyraz na ulicach miast. 
„Zwykły Kowalski” dostrzega bowiem, że w państwie, które podobno jest jego, nie decyduje on prawie o niczym: ani bezpośrednio, ani pośrednio.
 
Bezpośrednio (za wyjatkiem Szwajcarii) może decydować zupełnie sporadycznie. Z reguły wtedy, kiedy rządzący chcą zdobyć silniejszą legitymację dla własnych rozwiązań i pomysłów.
 
Pośrednio decyduje raz na jakiś czas poprzez wrzucenie kartki do urny wyborczej. I do tego aktu sprowadza się w praktyce udział „zwykłego Kowalskiego” w decydowaniu o jego państwie.
Na domiar tego „wybory”, w których „zwykły Kowalski” może wziąć udział, wcale nierzadko są zwykłą fikcją, czy nawet farsą. Rozstrzygnięte są bowiem dawno przed wyborami (vide: http://grudziecki.salon24.pl/585378,farsa-zwana-eurowyborami).
Nawet kiedy jednak odbywają się one według wszystkich „szykan” wymyślonych przez autorów aktualnie obowiązujących procesualnych koncepcji "demokracji" (np. przez R. Dahla), to i tak „zwykły Kowalski” nie wybiera swoich przedstawicieli, ale przedstawicieli partii politycznych ( http://grudziecki.salon24.pl/536605,wrzuc-kartke-do-urny-i-spada).
Bo to przywództwo partii politycznych decyduje o kształcie list wyborczych, a de facto decyduje tym samym o tym, kto może zostać „posłańcem”.
Bo przecież obowiązujące ordynacje wyborcze, „jak świat długi i szeroki”, tak jakoś dziwnie są skonstruowane, że kandydaci pozapartyjni (jeśli nawet mogą startować) nie mają zbyt dużych szans na wybór. Widzimy to w Polsce, ale widzimy to także w Wielkiej Brytanii, w USA itd.
No tak, ale kto pisze kodeksy wyborcze? „Posłańcy” obywateli (których nie ma prawie wcale), czy przedstawiciele partii politycznych?
 
Tak na marginesie nasuwa się pytanie, dlaczego „zwykły Kowalski” swego „posłańca” - skoro to jest rzekomo „jego posłaniec” - nie może odwołać (rzecz jasna według określonej procedury) wtedy, kiedy straci do niego zaufanie? Wydawałoby się,że jest to „naturalne prawo” „każdego Kowalskiego”, jednak „jak świat długi i szeroki” rządzące „elyty” nawet nie chcą słyszeć o wprowadzeniu takich rozwiązań do ustroju państw.
Czy nie dlatego, że wtedy skończyłaby się władza uzurpatorów?
 
Kiedy porównuję ustroje współczesnych państw do tych greckich polis, gdzie panował ustrój nazwany demokracją, to jakoś nie mogę dostrzec podobieństwa. W faktycznym ustroju współczesnych państw nie mogę bowiem dostrzec cech konstytutywnych dla tamtej demokracji: takiej samej, równej podmiotowości wszystkich obywateli w państwie (w odniesieniu do naszych czasów nazywam to suwerennością jednostki ludzkiej – vide: „W poszukiwaniu suwerena. Czy każdy z nas jest suwerenem”, 2009 r.) oraz równej możliwości decydowania o wszystkich sprawach wspólnych w państwie.
 
Paradoksalnie, odnajduję za to wiele podobieństw między ustrojem niejednego współczesnego państwa, a ustrojem republiki rzymskiej. Podstawowe polega na tym, że władza formalnie należąca do wszystkich (wolnych) obywateli, faktycznie należy w nich do uprzywilejowanej kasty. „Zwykły Kowalski” - przy zaistnieniu określonych, sprzyjajacych okoliczności – może się do tej kasty przebić, ale nie zmienia przez to panujacego układu.
Bardzo pouczające może być, na przykład, spojrzenie na współczesną Rosję, czy na współczesną Białoruś (http://grudziecki.salon24.pl/547199,czy-na-bialorusi-jest-demokracja-oczywiscie-podobnie-jak-w-p) poprzez pryzmat Rzymu w okresie pryncypatu (czyli formalnie jeszcze republiki). Nie mniej ciekawe może być spojrzenie „poprzez perspektywę” republiki rzymskiej na USA, czy też na nasz kraj.
 
Powstaje pytanie: skoro współczesne państwa przypominają demokrację tak, jak tombak przypomina złoto, to dlaczego istnieje tak silna i tak powszechna tendencja do opisywania ich przy pomocy tego słowa?
Część odpowiedzi pojawiła się już wcześniej. Dla tych, którzy przywłaszczają sobie w poszczególnych państwach „władzę”, pozbawiając tym samym obywateli tych państw ich praw politycznych (vide: http://grudziecki.salon24.pl/526184,polska-lamie-prawa-czlowieka), jest sprawą kluczową wmówić okradanym, że żyją oni w najdoskonalszym ustroju. Bo przecież, skoro jest to najdoskonalszy ustrój, to nie można go już zmienić na inny. Tym samym „zwykli Kowalscy” powinni zaakceptować istniejący układ.
Tego oczekują od nich uzurpatorzy.
 
Mechanizm tego fałszowania obrazu rzeczywistości jest, w gruncie rzeczy, banalnie prosty. Polega on:
  1. Na wmawianiu, że ustrój państwa, w którym żyje „zwykły Kowalski” jest „demokracją”;
  2. Na wmawianiu, że ustrój tego państwa jest „demokracją”, bo odbywają się w nim wybory;
  3. Na wmawianiu, że skoro odbywają się w tym państwie wybory, to „władza” należy (pośrednio) w tym państwie do „zwykłego Kowalskiego”.
 
Twierdzenia zawarte w puncie drugim i trzecim są tak samo prawdziwe, jak twierdzenie, że skoro widzimy pojedyncze drzewo, to jest to las. Twierdzenia z punktu pierwszego nie trzeba więc komentować.
 
Powyższe oszustwo nie byłoby, najprawdopodobniej, możliwe, bez ogromnego „wkładu” „uczonych” (opłacanych wcale nierzadko z podatków narzuconych „zwykłym Kowalskim”). Omówienie tego zagadnienia nie jest tutaj możliwe.(Zainteresowanych odsyłam do książki: „Demokracja”, 2013 r.)
Zasygnalizuję jedynie, że „wkład” tych „uczonych” zaczął się od utożsamienia obywateli „rządzących” w greckich polis z „ludem”. Zdefiniowali więc oni demokrację jako „władzę ludu”. To, delikatnie nazwijmy, uproszczenie, a de facto co najmniej przekłamanie, pokutuje w dyskursie politycznym do dzisiaj. A na pewno z lubością jest wykorzystywane przez wszelkiej maści autokratów, czy dyktatorów, którzy chętnie rządzą w „imieniu ludu”.
 
Kiedy „uczeni” zorientowali się (z zajęło im to grubo ponad wiek), że są trudności ze zdefiniowaniem „ludu”, to zaczęli głosić, że „demokracja” w państwie jest wtedy, kiedy odbywają się w nim wybory. Potem dorzucili jeszcze inne wymogi proceduralne, a na koniec wprowadzili jeszcze jeden „element” - wymóg trwania tych procedur w czasie. Przy czym każdy „uczony”, który chciał coś znaczyć, zaczynał od krytyki - istnejącego dotąd - kanonu procesualnych wyznaczników „demokracji” i tworzył własny.
W efekcie tych wszystkich „dokonań” „uczonych” mamy obecnie taki galimatias, że istnieje kilkaset definicji „demokracji”, w których nie można jednak wskazać wspólnego rdzenia. Tego, co to jest demokracja (bez cudzysłowu).
To, że te definicje „demokracji” nijak nie przystają też do rzeczywistości wskazałem już wcześniej.
 
Taka sytuacja jest „wodą na młyn” dla tych, którzy przywłaszczając sobie „władzę” w państwie, najczęściej robią to także po to, aby móc przywłaszczać sobie „kasę”: legalnie, w „majestacie” tworzonych przez siebie przepisów... lub z ich pominięciem.(http://grudziecki.salon24.pl/557818,pis-po-to-samo-zlo , http://grudziecki.salon24.pl/546342,kto-nam-ukradl-trojpodzial-rozdzial-wladzy)
Jeżeli popatrzymy na powszechnie istnejące mechanizmy sprawowania władzy, to możemy zaobserwować, między innymi, dziwną prawidłowość: nawet największy biedak, jeżeli tylko dorwie się do „władzy” to najczęściej dosyć szybko przestaje być biedakiem, a nawet - wcale często - staje się „krezusem”
 
Współczesne państwa, nazywane „demokracjami”, demokracjami nie są. Czym więc są? Powyżej zostało wskazane ich podobieństwo do republiki rzymskiej, więc, w jakimś sensie, są one republikami. Ze zwględu na to, że w większości z nich faktycznie rządzi uprzywilejowana kasta (mniej lub bardziej liczna, mniej lub bardziej „płynna”) są one także oligarchiami. Część, na pewno, jest autokracją, a niektóre nawet dyktaturą.
Jedyne co możemy dosyć pewnie o nich powiedzieć to to, że przestały być one monarchiami (nawet jeśli formalnie nimi są nadal). Możemy więc, bez obawy o popełnienie błędu, nazwać te państwa postmonarchiami.
Określenie to jest tym bardziej właściwe, że pośrednio pokazuje ono także istotę ich ustroju. Przestał w nich rządzić „król”, rządzi w nich tysiące „królików”. Z reguły bardzo pazernych „królików”. Bo mających świadomość, że są „czasowi”. No i majacych świadomość, że są praktycznie poza jakąkolwiek kontrolą (vide: http://grudziecki.salon24.pl/529679,czy-pies-na-swego-pana-szczeka).
 
Dla „zwykłego Kowalskiego” nazwa ustroju, w którym żyje, nie jest chyba najważniejsza. Dla niego ważne jest chyba to, aby ten ustrój faktycznie gwarantował mu jego prawa. W tym jego prawa polityczne, potwierdzone np. w art.21 „Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka” ONZ z 1948 roku i w art. 25 „Miedzynarodowego Paktu Praw Politycznych i Obywatelskich” z 1966 roku.
Jeżeli taki ustrój zostanie wówczas nazwany demokracją, wtedy nie będzie to określenie błędne.
To słowo użyte dzisiaj, dla opisania ustroju współczesnych państw, jest tylko i wyłącznie „przekrętem”. Przekretem mającym na celu oszukanie „zwykłego Kowalskiego”.
 
Wykop Skomentuj2
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale