Jestem z pokolenia do którego słowa „nie pamiętam PRL-u”, jak i przeciwne „PRL pamiętam” pasują jak najbardziej, choć na pewno nie równie dobrze. Pamiętam na przykład tatę, który jak wracał do domu, mówił do mamy „żółty ser możesz sobie „na-ry-so-wac”, rozumiałem, że znaczyło to tyle, co „nigdzie go nie ma”. Jeszcze kilka wyrazistych obrazów wryło się w moją pamięć. Na przykład był taki jeden dzień w roku, kiedy chodziłem z tatą w takie jedno miejsce, gdzie prawie wszyscy ludzie trzymali w jednym ręku lody z automatu, a w drugim biało-czerwone chorągiewki lub baloniki. Przed tą imprezą sam kredkami robiłem taką chorągiewkę, ale tato mówił, że robię to źle „czerwień na dole, biel u góry” powtarzał. Miałem wielką radochę, gdy widziałem, jak ludziom właściwa część loda spadała na chodnik, a w palcach ostawał się sam wafelek. Zdarzało się to tak często, że prawie cała ulica była upaćkana w śmietankowych plamach. Wiele lat potem dowiedziałem się, że chodziliśmy wtedy na imprezy po pochodzie pierwszomajowym, bo właśnie tam można było dobrze się zabawić przy wacie cukrowej i lodach. Którejś wiosny moje miasto leżało na trasie kolarskiego „Wyścigu pokoju”, oczywiście byłem popatrzeć, zwłaszcza, że było to niedaleko od domu. Do dziś rozpoznaję to miejsce, gdzie wtedy podziwiałem kolarzy. Tak sobie myślę, że musieli być oni wtedy bardzo popularni. Bo każdy z moich ówczesnych kolegów z podwórka miał własnych „kolarzy” w postaci kapsli po piwie czy oranżadzie. Wnętrze tych kapsli było wysłane taką ni to gumą, ni plastikiem, na którym długopisem rysowało się flagi państw, które każdy z kapsli-kolarzy reprezentował. Jak był liść klonu, to zawodnik pochodził z Kanady, jak kółeczko wypełnione w środku to z Japonii i tak dalej. Ich wyścigi obywały się na trasie narysowanej białą kredą na chodniku z czarnego asfaltu, a napędem dla nich były nasze „pstryczki”. Koledzy zarzucali mi długi czas, że nie umiem ich robić poprawnie, któryś z nich udzielił mi specjalnej lekcji. Czas letni spędzałem wtedy zawsze u babci na wsi. I chyba właśnie tam po raz pierwszy usłyszałem coś o Solidarności. Co mogło być tym pierwszym razem nie jestem w stanie ustalić. Może to, że przypadkiem podsłuchałem jak babcia w jakiejś rozmowie wspomniała o tym, że słyszała, że jacyś ludzie wyszli na ulice i krzyczeli „precz z komuną”? Albo może to, że nad wsią latał samolot, który rozrzucał białe ulotki, na których solidarycą napisane było „Solidarność”. Ulotek tych leżało wtedy na ulicy całe mnóstwo. Widziałem wtedy jak jeden menel wiejski zbierał je i mówił, że zaniesie do ustępu, czyli ubikacji. Ogólnie muszę powiedzieć, że nie zapamiętałem jakiegoś specjalnego entuzjazmu dla Solidarności wśród dorosłych, czy nawet tak 5-10 lat starszych. Na przykład jeden z przedstawicieli podwórkowej starszyzny, wtedy pewnie piętnastolatek, rozwoził i rozlepiał plakaty z Wałęsą. Kiedy miał przylepić go do klatek schodowych w naszym bloku, powiedział do swoich kolegów oblegających pobliskie ławki coś mniej więcej takiego „teraz tu przyczepię tego debila”. To było raczej latem. Za to raczej zimą służyłem dorosłym za herolda – wchodziłem do kuchni w wiejskiej chałupie moich dziadków i krzyczałem „Kiszczak w telewizji” co było dla znakiem, że okrągły stół jest właśnie emitowany. Oczywiście nie miałem nawet najbledszego pojęcia czego dotyczy to wydarzenie ani nawet kto to taki ten „Kiszczak”. Tyle co ja sam z zapamiętałem z PRLu i Solidarności. Bardzo niewiele, ale jednak nie nic. Stąd właśnie owo jednoczesne pamiętanie i niepamiętnie PRL, o jakim pisałem na początku.
Najpierwsze doświadczenia nowej Polski, już niekomunistycznej, też na swój sposób żyją w pamięci. Podczas wspomnianych już wakacji u dziadków, jeździliśmy z kolegami rowerami jak wieś długa i szeroka. Przypadkiem czy nie, tego nie wiem, trafiliśmy pod „spółdzielnię” wielki sklep, gdzie zazwyczaj kupowałem dużo oranżady dla pracowników, którzy wujowi pomagali przy żniwach. Właśnie tam na śmieciach pod spółdzielnią leżał wielki plik kartek, może na mięso może na cukier, nie wiem. „Patrzcie chłopaki, kartki” krzyknął jakiś kolega. „Eee, już są nie ważne, nic za nie dostaniesz”, powiedział inny. To na pewno zdarzyło się już po upadku komunizmu. Również już wtedy musiały się zdarzyć lekcje w szkole, które zapadły w pamięć. Może nie tyle same lekcje, ale słowa wychowawczyni. „Teraz jest taka wolność. Dziś mogę wam mówić o takich rzeczach, o jakich nie mogłabym jeszcze w zeszłym roku”. Od innej nauczycielki i chyba rok później, zdaje się, że w czwartej klasie podstawówki, taka otyła starsza pani miała z nami, znaczy ze mną i moją klasą, zastępstwo. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek wcześniej czy później prowadziła zajęcia u nas. Ale wiem, że właśnie od niej dowiedziałem się jakie imię nosi mój kraj. Starsza pani powiedziała tak: „Teraz nasz kraj nazywa się Rzeczpospolita Polska” wszystkie dzieci powtórzą, dodała, „Rzeczpospolita Polska”, powtórzyliśmy, nauczycielka: jeszcze raz, „Rzeczpospolita Polska” prawie krzyknęliśmy chórkiem. „Rzeczpospolita Polska” a więc już nie PRL, choć wtedy jeszcze tak tego nie rozumiałem. Jakieś osiem lat później czytałem już książki. Z nich dowiedziałem się, że Solidarność i lata 1980-81 to było wielkie święto, „karnawał”, jak słyszę i dziś całkiem często. Ziemkiewicz pisał, że wtedy obudzili się Polacy w Polactwie. Pan od fizyki, już w Liceum, mówił nam, że tamten czas dowiódł światu, że coś w świecie znaczmy, jako naród i państwo. Ja wspomnień z tamtych lat nie mam nawet najmniejszych. Zaintrygowany tymi entuzjastycznymi słowy zacząłem pytać starszych, co takiego wtedy się działo. Jakie były nastroje wśród ludzi? Byli bardziej mili i uprzejmi dla siebie? Pytałem, pytałem, ale niczego się nie dowiedziałem. W odpowiedzi dostawałem, że „każdy miał nadzieję, że będzie lepiej” i to wszystko. Mówi mi to niewiele. Wciąż nie mam pojęcia czym był „karnawał” Solidarności.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)