Uważam, że nie ma lepszej formy edukacji niż autoedukacja, czyli samouctwo. Żadna, choćby nie wiem jak dobra szkoła czy Akademia nie jest w stanie w takim stopniu, jak właśnie samokształcenie rozwinąć cech osobowości, jakimi charakteryzować się powinien prawdziwie mądry człowiek (uczony, inteligent).
1) Żadna szkoła (tak mi się wydaje) nie może tak sprzyjać gruntowności i dokładności zdobywanej (i zdobytej) wiedzy, jak sprzyja temu samouctwo.
W szkole średniej (a całkiem niedawno ją kończyłem) nauczyciele na zajęciach posuwają się z materiałem coraz dalej i dalej nie oglądając się wstecz za tym, co już przerobione. Muszą tak robić, bo muszą realizować przewidziany program. Bardzo często jest tak, że pewne niedostatki w opanowaniu materiału z wcześniejszych etapów mocno rzutują na zrozumienie materiału bieżącego. Nauczyciel nie może wrócić do przeszłości, by wytłumaczyć braki.
Skutek jest taki, że uczeń nie jest w stanie całkowicie opanować tego, o czym belfer mówi aktualnie. By zdać, uczeń musi , jak to się mówi, bezrozumnie wykuć konkretne zagadnienia. A takie wykucie jest zaprzeczeniem istoty uczenia się. Ktoś, kto opanowuje materiał szkolny nie rozumiejąc go ten nie uczy się wcale. Co najwyżej trenuje pamięć.
Szkoła zatem w bardzo wielu wypadkach zmusza (bo przecież zdać trzeba) do uciekania się do całkowitej antytezy jakiejkolwiek postaci uczenia się.
Inaczej rzecz się ma w wypadku samokształcenia. Prowadząc je można w dowolnym momencie powrócić do tego, czego się dawniej nie opanowało i uzupełnić niedostatki.
2) Drugi powód, dla którego samouctwo sprzyja gruntowności jest natury innej, bardziej zasadniczej. Ma bowiem związek z naturą procesu porozumiewania się. Tłumaczenie komuś czegoś, przy pomocy pytań i odpowiedzi jest zdeterminowane możliwościami językowymi rozmówców.
Często jest tak, że uczeń po porostu nie potrafi wyartykułować językowo, czyli po prostu nazwać i wypowiedzieć tego, czego nie rozumie. Jak zatem może podzielić się swą trudnością z nauczycielem? Nie może tego zrobić wcale. I tak nienazwane trudności przestają istnieć w przestrzeni nauczyciel - uczeń, oczywiście, że szkodą dla ucznia.
Tymczasem samokształcenie problem ten niweluje: prowadząc je nie trzeba umieć wyrażać językowo swych trudności; można próbować je rozwiązać bez ich nazywania.
3) Powód trzeci ma charakter psychologiczny, może nawet moralny.
Relacje nauczyciel - uczeń (oraz uczeń - inny uczeń) zabarwiane są, to wynika z ludzkiej natury, swoistą walką o pierwsze miejsce, to znaczy o to, kto lepszy a kto gorszy w jakiejś dziedzinie wiedzy.
To zabarwienie, powoduje, że na dalszy plan schodzi to, czym nauka powinna być, a powinna być narzędziem poznawania prawdy.
W takich wyścigach nie liczy się to, kto potrafi spełniać poznawcze czynności, takie jak obiektywne patrzenie na fakty, adekwatny ich opis; liczy się zaś to kto lepiej opanował materiał, a kto gorzej (ściślej idzie tu o to, kto ma lepsze stopnie w dzienniku czy indeksie).
Samokształcenie natomiast nie zna takiego "wyścigowego", "sportowego" wymiaru (a na pewno jest go w nim bardzo mało). Samokształcenie sprzyja widzeniu wiedzy jako wartości samej w sobie bądź jako narzędzia realizacji wartości - prawdy (samokształcącemu się nie chodzi o oceny, o poklask itp., a o jakiś wyższy cel).
Takie to myśli przyszły mi do głowy z okazji niedawnego Dnia Nauczyciela......



Komentarze
Pokaż komentarze (2)