Grzegorz Kicki Grzegorz Kicki
963
BLOG

Kościół a seks - kilka uwag

Grzegorz Kicki Grzegorz Kicki Polityka Obserwuj notkę 5

Mój tekst nie ma polemicznego charakteru. Nie po to powstał, by ukazywać błędność katolickiej koncepcji życia płciowego. Jest on tylko zwróceniem uwagi na te trudności, jakie ja w niej dostrzegam. Piszę o nich, bo wychodzę z założenia, że głośne o nich powiedzenie może tylko wzmocnić Kościół - bo przecież może znaleźć się ktoś, kto te trudności za pomocą odpowiedniej argumentacji zniweluje. Na czym, rzecz jasna, zyskałaby katolicka koncepcja seksu.

Pierwsze co chciałbym zasygnalizować to kłopoty do jakich prowadzi definicja stosunku płciowego, jaką spotkałem w Kodeksie Prawa Kanonicznego. Wymienia ona, jeśli dobrze pamiętam, trzy konstytutywne elementy tego stosunku:

1) erectio

2) iniectio

3) ejaculatio

Punktów (1) i (3) tłumaczył nie będę. Uważam, że są dla wszystkich zrozumiałe.

Jeśli chodzi o punkt (2) to zaznaczę, że owo "iniectio" oznacza to, co zwykle nazywa się stosunkiem waginalnym.

Te trzy elementy są, podług prawa kanonicznego, konieczne dla zaistnienia stosunku płciowego.

Definicja ta prowadzi do pewnych kłopotów, na przykład: nie wiadomo, czym wedle niej jest homoseksualizm. To, co robią intymnie przedstawiciele tej orientacji wedle tej definicji stosunkiem płciowym nie jest; bo jeśli nawet zachodzi w wypadku homoseksualnym punkt (1) i (3) to żadną miarą nie zachodzi punkt (2).

Co to znaczy wedle tej definicji, że homoseksualiści odbywają "stosunki płciowe"? Czym jest homoseksualizm wedle tej definicji?

Podkreślę, że w sprawie oceny homoseksualizmu zgadzam się z Kościołem w pełni; tak jak on uważam, że jest zjawiskiem nienormalnym.

Innym kłopotem, jaki ciągnie za sobą ta definicja jest to, że powoduje ona niejasność co do tego czym jest zdrada małżeńska.

 Jeśli żonaty mężczyzna zaczyna spółkować z prostytutką w taki sposób, że zachodzą punkty (1) i (3) definicji, ale nie zachodzi punkt (2) to w jakim znaczeniu zdradza on swoją żonę? Można przecież spółkować bez punku (2) - na przykład oralnie i takie właśnie spółkowanie z kurtyzaną nie jest stosunkiem płciowym (wedle definicji prawa kanonicznego) a zatem nie jest zdradą małżeńską.

 

Nie bardzo też rozumiem dlaczego seks jest moralnie dopuszczalny dopiero po zawarciu związku małżeńskiego.

Wezmę najbardziej popularny argument jaki podawany jest za taką koncepcją. Brzmi on tak: "przed ślubem nikt nie dał człowiekowi prawa do obywania aktów seksualnych".

Nikt nie dawał przysłowiowemu Janowi Kowalskiemu prawa do korzystania z rąk, z nóg, z głowy, z ust i zębów - dlaczego zatem musi ktoś dawać mu prawo do korzystania z narządów płciowych? Tego właśnie nie bardzo rozumiem.

Tak to napisało mi się, po przeglądnięciu ostatnich postów na Salonie.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Polityka