Nie jestem zwolennikiem ścigania przez sądy badaczy, którzy stawiają tezy podważające zestaw prawd uznanych. Dlatego zawsze dziwiło mnie dlaczego stwierdzenie, że liczba ofiar Zagłady jest na przykład mniejsza niż ta jaką dotychczas przyjmujemy, że jest, stanowi dostateczny powód postawienia przed sądem. Wychodzę z takiego założenia: jeśli nauka (tu: historia) ma służyć ustalaniu faktów i ogłoszeniu prawdy o nich to nie może nad naukowcem wisieć żadna groźba. Tymczasem wielu prawodawstw działających w Europie – w tym polskie – przewiduje karanie np. „kłamców oświęcimskich”. Za takiego właśnie kłamcę uznany został swego czasu pan Dariusz Ratajczak. Przez zarzut ten stracił on pracę na uczelni, na jakiej wykładał, przez co zmuszony był pracować jako stróż, powszechna infamia jaka go otoczyła sprawiła tez kłopoty w życiu osobistym. W krytykowaniu Ratajczaka prym wiodła Gazeta Wyborcza. Oczywiście nikomu nawet przez myśl nie przeszło by poddawać krytyce zapis prawny o „kłamstwie oświęcimskim”…
A co mamy dziś w połowie stycznia 2008. Oto niejaki Gross Jan Tomasz napisał i wydał książkę, która robi z Polaków kontynuatorów „dzieła” Hitlera. Prokuratura na podstawie prawa (też mi się ono nie podoba, ale dura lex sed lex) wszczęła postępowanie. Wzbudziło to powszechną krytykę…..Gazeta Wyborcza Ratajczaka mieszała z fekaliami, dziś to samo pismo Grossa przyjmuje z pewną sympatią.
Każdy zgodzi się, ze konsekwencja i spójność to bardzo ważne cechy myślenia, ale i prawa. Wniosek:
(1) Jeśli zatem są prawne obostrzenia istnieją i są akceptowane w wypadku Żydów i holocaustu, wypada, by inne narody, w tym polski, również mogły takie obostrzenia wprowadzać.
Chyba (2), że odrzucimy tego rodzaju prawne ograniczenia. Ale wtedy musimy tez odrzucić historie pod tytułem „kłamstwo oświęcimskie”.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)