Pisywałem różne rzeczy dotychczas; dziś debiutuję jako literat.
Poniżej zamieszczam moje opowiadanie (fragment większej całości). Ma ono za cel dwie rzeczy - przybliżyć Czytelnikom nową teologię (taką inspirowaną Rahnerem czy Schillebeckiem), oraz ocenić wartość tej teologii.
Opowiadanie dzieje się podczas wykładów z teologii, które prowadzi ks. Seweryn Iwański, który jest przedstawicielem nowej teologii. Refleksja nad nią dokonuje się w umyśle słuchacza tych wykładów, studenta - Justyna Stolarskiego.
Zapraszam do lektury
(…)Starałem się słuchać uważnie tego, czego nauczał główny dogmatyk uczelni ksiądz Seweryn Iwański – wspominał swe studia teologiczne Justyn Stolarski. Przyszedłem na wykład dotyczący eschatologii. Zgromadzili się wszyscy studenci. Przyszedł Iwański. Pierwszym poglądem, jaki przedstawiał było to, że piekło nie istnieje, a jeśli nawet istnieje to jest puste. Czy Bóg stworzyłby świat, gdyby ktoś miałby znaleźć się w piekle – pytał. Argumentował za tym poglądem ukazując analogię z ludzkim rodzicielstwem: gdyby rodzice wiedzieli, że ich dziecko będzie bardzo cierpiało przez całe życie na skutek choroby genetycznej z pewnością nie zdecydowaliby się na spłodzenie dziecka. Podstawowym argumentem jednak, jaki wysuwał w tej sprawie było to, że jest nie do pomyślenia, żeby zbawieni byli szczęśliwi w niebie, gdy tuż obok w piekle inni cierpieć będą wielkie męki. Jest to niemożliwe z tego względu, że przecież może zdarzyć się tak, że jakiś krewny zabawionego znajdzie się właśnie w piekle. Jak tu się radować oglądając Boga, gdy moja żona czy przyjaciel tak bardzo cierpi? By swą myśl sprowadzić na poziom konkretu, który zawsze jest lepiej widoczny i przemawiający niż zimny abstrakt wymyślił historyjkę o jednym z mających dzieci studentów: Wyobraźmy sobie, że Adam dożywa spokojnie dziewięćdziesiątki, umiera, dostępuje radości w niebie. Mija czas, jego córki dochodzą bardzo sędziwego wieku, ale po śmierci nie zostają przyjęte do raju, lecz płoną w piekielnym ogniu. Adamie – zapytał Iwański – czy byłbyś szczęśliwy przed obliczem Boga wiedząc, że twoje dzieci spotkał taki los?
- jak mógłbym być? Pytaniem odpowiedział Adam.
„Wszystko w tym temacie” – podsumował z zadowoleniem Iwański.
Taka odpowiedź Adama bardzo wzmocniła pozycję Iwańskiego w starciu z grupą studentów, którzy starali się obronić tradycyjne poglądy na zbawienie i potępienie. Powoływali się przy tym na wypowiedzi Chrystusa w Ewangeliach, czy fragmentach innych pism Nowego Testamentu. Ale wypowiedzi te nie miały mocy przekonującej dla niego: „Te fragmenty w ewangeliach to nie są słowa samego Chrystusa. To są poglądy autorów tych tekstów” – powiedział. Poprosił następnie kilku słuchaczy o przytoczenie cytatu z Katechizmu Kościoła Katolickiego, w którym jest wyraźnie napisane, że potępienie dotyczy każdego, kto po drugiej stronie znajdzie się obciążony choćby jednym śmiertelnym grzechem. „Takie są myśli Kościoła, myśli Pana Boga są w tej sprawie inne” – skomentował katechizm Iwański.
Ja słuchałem tego wszystkiego z pewnym zainteresowaniem, brzmiało to nowo, nie było w tym znanej z zajęć z innymi wykładowcami sztampy teologicznej, której równie dobrze mogłaby nauczać każda chrześcijańska babina. Szybko minęło półtorej godziny wykładu z eschatologii. Po przerwie czekał mnie kolejny z tym samym wykładowcą, ale z innej działki.
Tym razem ks. Iwański opowiadał o zmartwychwstaniu Chrystusa. Pierwszą i podstawową tezą wykładowcy było to, że zmartwychwstanie nie miało rzeczywistego charakteru. „Rzeczywistego charakteru” to znaczy, że nie było faktem tego typu jak Bitwa pod Grunwaldem. Nie oznacza to jednak, że Chrystus nie zmartwychwstał. Zmartwychwstanie miało jakiś inny niefizyczny charakter. „Ależ księże profesorze – zwrócił się do Iwańskiego – Tomek Rosowski przecież ewangelie opowiadają o tym, jak Chrystus ukazywał się w cielesnej postaci apostołom”. Ten argument nie był w stanie przekonać Iwańskiego. „To dlaczego teraz się nie ukazuje? Dlaczego właśnie uczniowie dostali tak wielkie wsparcie swej wiary, jakim było widzenie Zmartwychwstałego? my, ludzie dzisiejsi, tego wzmocnienia jesteśmy pozbawieni. Czy to jest sprawiedliwe?” Ksiądz Iwański wyznawał teologiczny egalitaryzm, wyrażający się w przekonaniu, że Bóg daje wszystkim po równo, albo nie daje nic nikomu. Ukazywanie się Chrystusa apostołom nie mogło być faktem dlatego, że nie jest faktem dzisiaj dla nas. Nie ma żadnego powodu, by oni byli przez Boga szczególnie wyróżniani spośród milionów innych ludzi. Różne myśli przechodziły mi przez głowę, gdy słuchałem tych wywodów. Pierwsze, co uderzało to zupełne nieliczenie się z tym, czego naucza Kościół Katolicki, którego Iwański był przedstawicielem. To nie ważne. Czy na pewno? Na czym polegało to, że on Seweryn Iwański był katolikiem? Na pewno nie na tym, że utożsamiał się on z nauką Kościoła Katolickiego. Nie na tym, że miał katolickie poglądy. Równie dobrze mógłby być luteraninem, albo metodystą. Jego katolickość polegała na wyniesionym z domu wychowaniu, na tym, że wzrastał w tym, a nie innym kraju. Tylko na tym. To, że był księdzem właśnie katolickim było kwestią przypadku, a już na pewno nie wynikało ze szczególnie mocnego związku z katolicyzmem (chyba, że przez „mocny związek” rozumieć związek sentymentalny, co i tak wątpliwe, że w tym wypadku zachodziło). Jaką więc pomoc ja mogłem zawdzięczać ks. Iwańskiemu w moich zmaganiach z problemem: którą z wielu wyznań czy religii mam wyznawać? Przesłanie, jakie wysyłał było proste: wyznawaj którą chcesz, dowolną. Ale jak mam to zrobić? Jeśli uznam się za katolika, dlatego, że rodzina w której wzrastałem chodziła do kościoła z napisem nad drzwiami: parafia rzymsko – katolicka to jak mógłbym uważać, że ci co chodzą do kościołów innych wyznań są w błędzie. Muszę uznać ich za tkwiących w błędzie. Muszę to zrobić, bo tego naucza Kościół. Muszę to zrobić bo nie ma wielości prawd. Ale jak mam to zrobić? Czy to, że katolicyzm to moja, bo wyniesiona z domu religia, upoważnia mnie do stwierdzania prawdziwości czy wyjątkowości tej religii? Jak mógłbym tak po prostu utożsamić to, co moje z tym, co słuszne?
Podczas wykładu ks. Iwański debatował z niektórymi studentami, którzy sprzeciwiali się jego poglądom. W trakcie tych rozmów często odbiegano od głównego tematu wykładu. Poruszono sprawę diabła. „Diabeł nie istnieje” tyle miał do powiedzenia ks. Iwański. Diabeł nie istnieje dlatego – pouczył dyskutanta Tomka Rosowskiego, a jednocześnie wszystkich słuchaczy – że przecież w wyznaniu wiary, które składamy nie ma słowa o tym, że istnieje ktoś taki jak czart. „Diabła zatem wymyślił człowiek, by mieć na kogo zwalać winę za swoje grzechy. To wygodnie mieć kogoś o kim można powiedzieć, że mnie do złego do skusił, że to nie ja źle uczyniłem” – przekonywał.
Tomek oczywiście nie był w stanie przeciwstawić się tej argumentacji. Przecież jak mógłby przeczyć tak jasno ukazanemu przez Iwańskiego faktowi, że wyznanie wiary nie mówi nic o istnieniu diabła. Mnie tego rodzaju wywody nawet imponowały, bo brzmiały oryginalnie. Ale nie tylko z tego powodu. Widziałem w nich potwierdzenie swojego poglądu, że w teologii wszystkie tezy uchodzą, że nie ma w niej nic ostatecznie ustalonego. W tym czasie zacząłem czytać pisma filozofów neopozytywistów i zacząłem uznawać lansowane przez nich myśli, na przykład to, że wypowiedzi teologiczne i metafizyczne są bez sensu. W moim umyśle zbiegało się jednocześnie: oryginalność słyszanych pomysłów, zupełna płynność i bezkształtność teologii, oraz bezsensowność wypowiedzi teologii.
Mając takie poglądy słuchałem debat Rosowskiego z wykładowcą i czułem się bardzo ubogi myślowo. Widziałem jak na dłoni - teologia niosła problemy, którymi oni żyli, nad którymi myśleli, o których potrafili rozmawiać.. jedyną rzeczą jaką ja mogłem wnieść do ich rozmów to przekonanie, że teologia to pustosłowie. Tylko to jedno zdanie. Tylko to! Naprzeciw wielkiej ilości problemów, zagadnień, treści, doświadczeń jakie mieli moi koledzy.
Ale zaraz jak to właściwie jak to jest z księdzem Iwańskim? Przed chwilą, by uzasadnić pogląd, że diabła nie ma powołał się na credo Kościoła, ale gdy przeczył fizycznemu zmartwychwstaniu Chrystusa naukami Kościoła się nie przejmował. Kiedy trzeba to znaczy kiedy spekulatywnie ustalona teza znajduje potwierdzenie w Kościele wtedy staje się on argumentem na jej rzecz. Innym razem, gdy ustalony pogląd nie znajduje pokrycia w kościelnym nauczaniu czy praktyce wtedy nauczanie to jest odrzucane. Tutaj najpierw są tezy, a argumenty są potem. Od tez zależy też to, co w ogóle jest a co nie jest argumentem.
Po raz pierwszy zakiełkowała mi podczas tego wykładu myśl, że ks. Iwański uprawia niekonsekwentne chciejstwo. Po raz pierwszy też właśnie wtedy docierała do mnie oczywistość tego, że teologia jest dziedziną, w której jest miejsce na słuszność i błąd, w której można stosować argumenty rozstrzygające… w teologii Iwańskiego dostrzegałem sprzeczności, znaczyło to, że teologia jest zrozumiała; gdybym jej nie rozumiał nie dostrzegłbym tych sprzeczności. Skończyło się spotkanie z Iwańskim. Jutro następne. (…)
Następnego dnia wstałem wcześnie rano, by zdążyć na koleje wykłady Iwańskiego.
Pierwszy wykład dotyczył ekumenizmu. Pierwsze co Iwański ogłosił, że chrześcijanie traktują Żydów na zasadzie „murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść… Żydzi przygotowali grunt pod przyjście Chrystusa i na tym kończy się ich rola, tak uważa gmin chrześcijański. A przecież Bóg nigdy nie odwołał swej decyzji, że Żydzi są narodem wybranym”.
Siedziałem na krzesełku przy oknie, podpierałem ręką głowę, słuchałem tego i nie mogło nie wzrastać, to, co obudziło się we mnie na wczorajszych wykładach: niespójność nauk, które usiłuje przekazać wykładowca stawała się rażąca. Iwański przecząc twardej wizji zmartwychwstania mówił, że nie mogło być tak, że Chrystus apostołom się ukazał, a nam nie - dlatego, że ukazując się właśnie im potraktowałby ich lepiej niż nas. Teraz jednak, kiedy rozważał inne zagadnienie ta równościowa logika nie obowiązywała w jego myśleniu: to, że Bóg jeden naród wyróżnił ponad inne było prawdą pewną…
A co byłoby – myślałem – gdyby zachować tę równościową logikę konsekwentnie? Wyobraziłem sobie Iwańskiego tłumaczącego nam: Żydzi wcale nie są narodem wybranym. Nie jest prawdą, że Bóg właśnie im dał dziesięcioro przykazań, że posyłał im proroków, bo przecież czemu akurat Żydom a nie Chińczykom, Etruskom, Grekom, Indianom, Eskimosom.. Jeśli kolega Rosowski zwróciłby uwagę, że o tych działaniach informuje Stary Testament, to i tak Iwański utrzymałby swój pogląd: „opowieści Starego Testamentu nie są historią” usłyszelibyśmy.
Mógłby też stosując swoje egalitarne zasady uznać Stary Testament i mitologię grecką za równorzędne źródła informacji o Bogu. W myślach słyszałem wykład Iwańskiego: Gdyby Bóg dał objawienie Żydom to za bardzo postawiłby ich ponad Grekami, to po pierwsze. Po drugie Stary Testament nie ma nic wspólnego z prawdą historyczną, niczym nie różni się od mitologii, jaką mieli Grecy, dlaczego zatem mamy przedkładać Biblię nad tę mitologię?
Że za przewagą Biblii nad mitami Hellenów stała cała tradycja Kościoła, to nie musiało być dla Iwańskiego przekonujące. Jeśli można było odrzucić tradycję w sprawie fizycznego zmartwychwstania Chrystusa, to czemu nie można było tego zrobić w sprawie różnicy między Biblią a mitologią?
Rosowski słysząc pogląd o tej równoważności zauważył, że greckie wielobóstwo jest przeszkodą w przyjęciu tego poglądu. Wykładowca jednak i na to znalazł sposób: Bóg objawił się Grekom pod postaciami Zeusa, Afrodyty, Posejdona. Tak naprawdę bogowie ci są nazwami cech jednego Boga.
Tylko niekonsekwencja chroniła go od takich tez teologicznych, jakie wypowiadał wtedy w mojej wyobraźni. Powróciłem myślą do tego, co działo się na zajęciach. Jak zawsze i tym razem grupka słuchaczy zaczęła zwracać uwagę na trudności, jakie w jej mniemaniu budzą nauki Iwańskiego. Często polemiki te nie dotyczyły przedmiotu wykładu. Janek Wiśniewski powrócił do sprawy zbawienia wszystkich. Powoływał się na świadectwo Starego i Nowego Testamentu, że jednak potępienie i piekło istnieją. Wytężyłem słuch… „Kościół nie przeprowadza procesu anty – beatyfikacyjnego, to znaczy, nigdy nie ogłasza, kto trafił do piekła. Nie zrobił tego nawet w stosunku do Hitlera i Stalina”, powiedział Iwański.
Jak to zatem – pomyślałem – teraz to, co robi Kościół ma być racją poglądu?
Zdziwienie spowodowało, że zacząłem na poważnie zastanawiać się nad całością nauk Iwańskiego. Traktuje źródła swej refleksji wybiórczo – to już zauważyłem. W swej postawie zatrzymuje się jednak w pół drogi. Na przykład to, że akurat Biblię i nauczanie Kościoła ma za podstawę swego myślowego gmachu jest znakiem akceptacji tradycji.. ale stosując swą egalitarystyczną zasadę mógłby do tych dwóch źródeł dołączyć jeszcze inne, choćby mitologię, świętą księgę Persów Awestę, czy nawet Koran. Zawsze przecież może powiedzieć, że Bóg nie może jednym dawać prawdy, a innym nie. Zawsze można powiedzieć, że teksty biblijne to nie są dzieła dziejopisarskie.. Po chwili zaczęła mi się jawić jeszcze inna niekonsekwencja, jaka cechowała nauki Iwańskiego. Najpierw dostrzegłem, że wizje, jakie on roztacza wcale nie są wolne od nierównego traktowania ludzi przez Pana Boga. Również w nich jedni byli przez niego traktowani – w jakimś sensie – lepiej, a drudzy gorzej. Jeśli zmartwychwstanie miało niefizyczny charakter, to i tak zmartwychwstałego Chrystusa mogli doświadczyć tylko apostołowie. Każdy chrześcijanin ma takie samo doświadczenie zmartwychwstałego Chrystusa, jakie mieli apostołowie - takie twierdzenie musiałby Iwański przyjąć jeśli chciałby uczynić zadość swemu teologicznemu egalitaryzmowi. Żaden chrześcijanin jednak nie powie tego, że Chrystus po swej męce przyszedł do niego, w sposób taki, w jaki przyszedł do swych uczniów. Poza tym dlaczego ów egalitaryzm Iwański stosuje akurat wypadku zmartwychwstania, a nie stosuje go w wypadku wcielenia? Czy Chrystus schodząc na ziemię wśród konkretnych ludzi, nie postawił ich ponad nas, ludzi współczesnych? Dlaczego to Żydzi sprzed dwóch tysiącleci mogli widzieć Syna Bożego, słuchać jego nauk na własne uszy, a my nie możemy? A może również wcielenie było jakieś niecielesne? Potęgowało się zdziwienie we mnie…jednocześnie niewyraźnie narzuciło mi się wspomnienie z zeszłego roku akademickiego. Wtedy na jakichś zajęciach ks. Iwański uzasadniał, jak to Chrystus zszedłszy na ziemię pozbawił sam siebie totalnie przymiotów boskości. Pozbawił się ich do tego stopnia, że nie wiedział, że jest Bogiem. Taki pogląd wynika z opisu w Ewangeliach – stwierdził Iwański - w których czytamy, że Jezus bardzo bał się swej męki. W ogrodzie oliwnym modlił się i drżał za strachu przed krzyżem, a zachowując boską cechę wszechwiedzy nie mogłoby mu się to zdarzyć, bo przecież wiedziałby, że powstanie z martwych… Wspomnienie to zmusiło mnie do zadania sobie pytania: jakie w końcu są ewangelie historyczne czy niehistoryczne? Wszystko wskazuje na to, że Iwański tę sprawę rozstrzyga w zależności od zapotrzebowania….najwyraźniej argumenty wykazujące niehistoryczność Ewangelii, tak ochoczo przez Iwańskiego podnoszone, gdy trzeba było przeciwstawić się realizmowi zmartwychwstania, teraz straciły ważność…



Komentarze
Pokaż komentarze (5)