Lewica przekonuje, że rodzina to taki twór czysto umowny, który służy uciskowi kobiet. Nie jest ona pochodną żadnego naturalnego porządku, wszystko w niej (płeć małżonków, ich liczba, rodzaj więzi między nimi) jest takie, że równie dobrze może być inne – więcej nawet należy dążyć do tego, by inne było.
Nie ma takiego poglądu, który nie znalazłby jakiś adherentów, nic dziwnego, że i powyższe znajdują. Dla mnie jednak jest pewnym kłopotem kiedy słyszę, że jeden z takich adherentów niejaka Kaźmiera Szczuka (w rozmowie z panem Niesiołowskim na forum TVN) ogłasza wszem i wobec, jaką to wielką zbrodnią jest odbieranie dzieci biologicznym matkom. Dziwne, nieprawdaż? Przecież takie odbieranie doskonale harmonizuje się poglądami lewicy na temat rodziny, więcej: nieraz w lewicujących głowach pojawiały się projekty odbierania dzieci ich naturalnym rodzicom i przekazanie tych pociech na wychowanie całemu społeczeństwu, czy państwu. Takie myśli snuł Bertrand Russel, J. S. Mill, wielu socjalistów utopijnych, snuje je zresztą i dziś choćby polski socjalista Chwedeńczuk. Jak to zatem jest z lewicowcami? Chyba dialektyczna jedność przeciwieństw ciągle jest przez nich wyznawana. Tylko tak mogę zrozumieć oburzenie feministycznej bojowniczki.
Jeśli to biologiczni rodzice mają prawo wychować swe latorośle to znaczy, że jest jakieś prawo naturalne, którego nie mogą negować, żadne głosowania i konwencje. Szkoda tylko, że „tak” dla prawa naturalnego w ustach feministek pojawia się tylko wtedy, kiedy trzeba bronić związków homoseksualnych, ściślej prawa do wychowania dzieci przez homoseksualnych rodziców będących w jednopłciowych związkach. We wszystkich innych wypadkach, takich jak na przykład sama zasadność takich związków, prawo naturalne jest po prostu wyśmiewane przez lewicowe umysły. Widzimy zatem, że brak konsekwencji, i rozumowania ad hoc to stała praktyka owych umysłów. Ale zresztą co ja tam gadam – w końcu zasady logiki to też wymysł mężczyzn, powstały po to by wymuszać wierność seksualną żon...


Komentarze
Pokaż komentarze