Grzegorz Kicki Grzegorz Kicki
184
BLOG

Wspomnienia z teologii

Grzegorz Kicki Grzegorz Kicki Kultura Obserwuj notkę 5

Justyn Stolarski kiedyś (http://grzegorz.klicki.salon24.pl/66524,index.html) krytykował nowinki teologiczne, dziś zaś wspomina dzień, w którym zdawał na teologię.

Ciekaw jestem jak Państwo oceniają literacką tego tekstu.  

Zapraszam do lektury

G. K.

 

 

 

 

Nie pamiętam już dokładnie kiedy odbyła się rozmowa kwalifikacyjna na teologię, w której wziąłem udział. Wszedłem do dość dużego budynku. Sala gdzie miała miejsce rozmowa znajdowała się na pierwszym piętrze. Gdy na nim się znalazłem ujrzałem dość sporą grupę ludzi wyczekujących swej kolejki. Z kilkoma z nich zamieniłem nawet parę słów poświęconych pytaniom, jakie obowiązywały na „kwalifikację”. Listę tych pytań dostawało się podczas składania podań o przyjęcie na studia. W jednej z tych rozmów – dotyczącej zapewne pytania o kosmologią biblijną – opowiedziałem pewnej koleżance to, co przeczytałem na ten temat w książce Zenona Kosidowskiego Opowieści biblijne: mianowicie, że pierwsze sceny Genesis to dalekie echa sumeryjskiego poematu Enuma elisz. Wzbudziłem tym u niej duży podziw. Tak naprawdę nie było za co mnie podziwiać, gdyż na wiele pytań z tej listy nie potrafiłem dać rozbudowanych odpowiedzi. Nie przeczytałem też dokumentów papieskich, które również obowiązywały kandydatów. Byłem raczej marnie przygotowany mimo to czułem się dość pewnie, dlatego, że miałem za sobą kilkuletnie obcowanie z literaturą religioznawczą i filozoficzną.

Oprócz pogawędek z kandydatami przeglądałem informacje na tablicy ogłoszeń. Przeczytałem miedzy innymi „plan lekcji”, jaki obowiązywał studentów. Spotkałem w nim nazwę „trynitologia”, co przywiodło mi na myśl Anzelma z Canterbury, którego właśnie wtedy przerabiałem w ramach filozoficznego samouctwa. Wśród wykładowców widniało na nim nazwisko „Elżbieta Adamiak”, które znałem z telewizyjnego programu Ogród Sztuk. Dzięki temu lektura ta utwierdziła mój zasadniczy optymizm z jakim planowałem studiowanie teologii.

Na wejście nie czekałem jednak długo, byłem drugi na liście.

Wszedłem. Przy ławce siedziało trzech księży i jedna kobieta. Ale wyproszono mnie informując, bym zjawił się za chwilę. Po kilku minutach zawołano. Znów wszedłem. „Szczęść Boże, niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” – to były pierwsze moje słowa. Nikt nie odpowiedział. Wylosowałem dwie karteczki z pytaniami o treści teologicznej. Czego dokładnie dotyczyły nie jestem w stanie obecnie powiedzieć. Przypominam sobie, że w jednym z nich było coś o Soborze Watykańskim II. Ale pytania te nie są teraz ważne, nie o nich chcę mówić.

Nie pamiętam pierwszego pytania, jakie mi zadano, wiem za to, co na nie odpowiedziałem. Rozpocząłem odpowiadanie. Ksiądz siedzący po mojej lewej stronie w oczekiwaniu na pointę rozpromienił twarz, uśmiechnął się i w uśmiechu tym trwał potęgując go wraz z kolejnymi wątkami mej wypowiedzi.

Na zasadzie jakiegoś wglądu wyczuwałem powody tego rozpromienienia. Ksiądz ten myślał sobie o tym, że jestem dzieckiem i że pochodzę z kochającej się tradycyjnej rodziny. Moją deklarację, że param się filozofią pojął jako wyraz dziecięcego pozowania na mądralę, co w jego oczach usprawiedliwiało jej złożenie przeze mnie.

Oczywiście muszę się zgodzić z zarzutem, że takie czytanie w cudzych myślach daje niepewne wyniki. Jednak już podczas studiów zaobserwowałem wielkie familiarne emocje, jakim podlegał, co po czasie potwierdziło treści, jakie wtedy „wyczytałem”.

Dwaj pozostali księża słuchali z kamiennymi twarzami.

Wybrzmiała pointa: „teologia i filozofia to zbliżone do siebie dyscypliny”. Gdy padały ostatnie głoski tego zdania usłyszałem donośne „ha, ha, ha, ha”, siedzący naprzeciw mnie członek komisji je wyśmiał. Wyśmiewanie trwało już pół sekundy, kiedy rozpromienienie na twarzy wspomnianego księdza zmieniło się w gest jednoznacznego „nie!” Skrzywił się, podniósł szybko głowę po czym z grymasem odrzucenia energicznie opuścił, zatrzymując ją prawie przy blacie biurka. Nie chciał na mnie patrzeć i słuchać tego, co mówię. Ksiądz po prawej stronie lekceważąco ruszył głową w bok, jak to się robi chcąc okazać zażenowanie.

Zmieszany powtórzyłem swą tezę „teologia i filozofia mają wiele ze sobą wspólnego” ale poczułem, że radosny chór negacji naciska na mnie i w jego oczach maleję. Ksiądz z naprzeciwka radosnym uśmiechem przeczył moim słowom, po lewej stronie spuszczona głowa mówiła jasno: „nie słucham cię”, od prawej zaś biło we mnie zażenowanie. Taka reakcja sprawiła, że gdy kończyłem wypowiadać swój pogląd chwilkę później, czyniłem to cichnącym czy nawet załamującym się głosem. Utwierdziło to komisję we wszystkim, co robiła dotychczas. Wyglądało to zupełnie tak, jakbym rzucał piłeczką o ścianę i doświadczał jak ściana odbija ją w moją stronę. Ścianą była komisja rekrutacyjna, która poczuła się nagle tak wysoka, jak bardzo duża ściana, piłeczką zaś moje słowa o związku teologii i filozofii. Brzmienie tych słów płynęło w stronę trzech słuchaczy, którzy ostentacyjnym zlekceważeniem, satysfakcją czerpaną z wyśmiania i zażenowaniem odrzucali je od siebie w moim kierunku.

Na mojej twarzy wyrysowało się zdziwienie spowodowane takim potraktowaniem słusznej tezy: przypominałem sobie scholastyczną koncepcję filozofii jako służebnicy teologii oraz encyklikę Fides et ratio. W błędzie zatem tkwił słuchacz, z którym siedziałem face to face; on uważał, że na mojej twarzy pojawiło się zakłopotanie w jakie mnie ze swymi kolegami wpędził. Jego mimika „mówiła”: „To fajnie tak pognębić dzieciaczka”. Prawdziwie dowartościował go fakt, że wypowiedziałem taką – jak myślał - bzdurę.

Na zasadzie jakiejś empatii odczułem, że komisja przyznaje mi zgodnie zero punktów, uznając jednocześnie, że mnie nie przyjmuje na studia.

Słuchacz z lewej strony spuszczoną głową stale dawał znak, że nie obchodzi go to, co mówię. Prowadzący rozmowę ksiądz, ten, od którego ciągnęło wielkim skonfundowaniem nie chciał dowiedzieć się, jak rozumiem swój pogląd. Pewnie uznał, że wypowiadam się w sprawie, o której nie mam pojęcia. Zadawał inne pytania, ale jestem w stanie wymienić tylko kilka z nich. Zapytał na przykład dlaczego chcę studiować właśnie teologię. Zachowanie komisji kompletnie zbiło mnie z tropu, co było przyczyną kilku fatalnych gaf, jakie popełniłem odpowiadając. Na przykład moja odpowiedź na wspomniane pytanie brzmiała mniej więcej tak: „nie mogę iść na moje wymarzone studia, czyli filozofię; teologia ma z nią wiele wspólnego, to właśnie jest powodem dla którego zamierzam się jej oddać”. Odpowiedź ta teraz, kiedy ją cytuję, nie brzmi wcale źle. Ale wtedy zabrzmiała po prostu skandalicznie (nawet w moich uszach). Przesłałem nią bowiem jasny komunikat, że teologia to nie jest mój wymarzony, ale niejako surogatowy kierunek studiów.

To rozumowanie, w różnych wysłowieniach przedstawiałem jeszcze parokrotnie. Zawsze uznawano je za osobliwe, pod wpływem czego zacząłem nawet lekko wstydzić się tych wypowiedzi. Sytuacja w jakiej się znalazłem była naprawdę niewesoła. Z jednej strony prawdziwość mojej głównej tezy była dla mnie oczywista i nie mogłem zaprzestać jej wypowiadania (w głowie przebiegały mi dzieje teologii począwszy od Septuaginty).

Z drugiej strony miałem przed sobą przedstawicieli teologicznej uczelni, spośród których jeden na samo brzmienie mojej tezy odpowiadał demonstracyjnym opuszczeniem głowy, drugiemu było nieukrywaną frajdą odrzucać ją śmiechem, a trzeci czuł się nią tak zażenowany, że po pewnym czasie mnie tym zażenowaniem zarażał.

Miało tu miejsce zderzenie dwóch światów. W świecie komisji nie mógł istnieć dziewiętnastolatek zasadnie przekonany o związku teologii i filozofii. W moim świecie związek ten był oczywisty.

 

To, jak komisja potraktowała moją główną tezę było czymś zupełnie innym dla mnie i czymś zupełnie innym dla niej. Dla mnie było to zlekceważenie elementarnych zasad naukowej dyskusji - dla komisji zaś radosne dokopanie dzieciaczkowi.

Bardzo się dziwiłem, że profesjonalni teologowie mogą tak traktować prawdziwą tezę i moja mimika dawała temu wyraz. Oni mimikę tę odczytywali jako znak tego, że doskwiera mi wyśmiewanie i gestykulacja.

Mnie jednak nie doskwierało ani wyśmiewanie, ani gestykulacja. Doskwierało mi to, że prawdziwa teza jest traktowana wyśmianiem i gestykulacją.

 

Prowadzący rozmowę postanowił obniżyć nieco poziom zadawanych mi pytań. Zapytał na przykład czy czytam prasę katolicką. Odpowiedziałem, że Nasz Dziennik jest stałą pozycją w moim domu, „a Radio Maryja” dopytał, „tak”, potwierdziłem. „Powiało swojskimi klimatami”, taka myśl pojawiła się w głowach księży.

W pewnej chwili widząc emocjonalno – gestykulacyjny odpór z jakim się spotyka moja główna teza, postanowiłem ją nieco złagodzić: „dobrze, teologia i filozofia są tylko względnie zbliżone”, powiedziałem. Ale i modyfikację z wielką pewnością siebie odrzucono.

Nikt z komisji nie chciał kontynuować wątku filozoficznego, prowadzący dawał inne pytania. Moje odpowiedzi nie satysfakcjonowały jednak słuchaczy. Byłem bardzo zaskoczony reakcją na moją tezę, myślałem: „to tak odnoszą się do prawdziwego zdania przedstawiciele Kościoła, o którym czytywałem w Naszym Dzienniku, że tworzy cywilizację prawdy, dobra i piękna”; „to tak przestrzegane są zasady poznawczej dyskusji; dlaczego łamią je księża, przecież nieraz chwalili się, że Uniwersytet to katolicki wynalazek?”

W którymś momencie kolejny raz wypowiedziałem swój pogląd. Tym razem wypowiedzenie to uznano za „normalkę”. Tezę tę powtarzałem stale, słuchacze zapewne przyzwyczaili się do niej. Nawet gestykulujący ksiądz przyjął je tym razem spokojnie. Dało się jednak wyczuć zażenowanie: „nie wiemy, co z tobą zrobić”.

Wtedy postanowiłem, że zdanie to raz jeszcze wygłoszę i przedstawię komisji argumenty, jakie za nim stoją. Powiedziałem: „moją tezę w całej rozciągłości podtrzymuję. Postaram się uzasadnić ją przedstawiając odpowiednie racje.”

Słysząc to Gestykulujący wykonał swój klasyczny odruch negacji: energicznie podniósł głowę, następnie z równym wigorem ją opuścił, lekko się krzywiąc. Powtórzyłem wyraźnie swój pogląd: „teologia i filozofia to zbliżone do siebie dyscypliny, zdanie to jest prawdziwe. Z kolei zadnie przeciwne, wedle którego dziedziny te absolutnie nie mają z sobą nic wspólnego jest jawnie fałszywe. Przedstawię argumenty, jakie wspierają mój słuszny pogląd”.

Przemówienie swoje rozpocząłem jednozdaniowym wstępem. Gestykulujący twardo dawał do zrozumienia, że mnie nie słucha. Część właściwą wypowiedzi zacząłem od przedstawienia tego, jak wielką rolę w rozważaniach o Trójcy skrajnemu realizmowi platońskiemu przyznawał Anzelm. Mówiłem, że dowodził on w swych pismach, iż platońskie rozwiązanie problemu powszechników należy przyjąć z powodów teologicznych. Tylko ono bowiem pozwala zrozumieć dogmat o Trójcy Świętej. Po prostu Ojciec, Syn i Duch mają jedną i tę samą boskość, jest ona ich naturą czy istotą. Zaprzeczenie temu, że istnieją takie natury skutkuje tryteizmem, czyli akceptacją trzech różnych Bogów. Gdy wybrzmiały słowa „Anzelm”, „realizm platoński” Gestykulujący jakby przebudził się po czym z niedowierzaniem spojrzał w moją stronę. Zastygł w tym spojrzeniu.

Skończywszy opowiadać o Anzelmie zarysowałem teorię plagiatu, chociaż wtedy jeszcze chyba nie znałem nazwy „teoria plagiatu”. Znałem za to dobrze jej treść. Pierwszy sformułował ją Żyd aleksandryjski Arystobulos. Według tej teorii wielcy greccy myśliciele, jak Heraklit, Platon czy stoicy dobrze znali Stary Testament i w nim właśnie znaleźli rozwiązania filozoficzne, które głosili. Wiedzę na ten temat zaczerpnąłem z książki Andrzeja Kasi „Wiara i rozum. Szkice o Ojcach Kościoła”, która była jedną z moich ówczesnych lektur. Mówiłem, że tę teorię przejęli teologowie wczesnochrześcijańscy. Justyn Męczennik na jej bazie wykazywał potrzebę żywego zainteresowania filozofią, jakie powinien przejawiać chrześcijanin. Tertulian akceptował teorię plagiatu jako punkt wyjścia, ale dochodził do zupełnie przeciwnych wniosków. Rozumował tak: skoro filozofowie tylko powtarzali to, co wyczytali w Starym Testamencie to nie ma żadnej potrzeby zapoznawać się z ich naukami, wystarczy lektura samego Źródła. Zarysowawszy patrystykę wskazałem na Prolog do Ewangelii św. Jana, dokładnie na kategorię „logos” jaka w nim występuje. Kategorię tę wprowadził do starożytnego dyskursu intelektualnego filozof Heraklit z Efezu – zaznaczyłem.

Członkowie komisji z politowaniem patrzyli na chęć uzasadnienia mojego głównego poglądu, gdy im o tej chęci mówiłem. Gestykulujący znów mnie nie słuchał. Ksiądz z naprzeciwka utwierdził sam siebie w słuszności wszystkiego, co robił dotychczas. Od trzeciego ciągnęło jakimś chłodem. Jednak, gdy rozpocząłem clouprzemówienia zaczęli stopniowo ulegać przedstawianym racjom.

„Kto zaś jeszcze wątpi w zasadność mojej tezy, temu polecam staranną lekturę encykliki Fides et ratio Ojca Świętego Jana Pawła II, w której zupełnie otwarcie jest mowa o związkach teologii i filozofii”, powiedziałem. Brzmienie tego zdania sprawiło, że wspomniany przed chwilą ksiądz jeszcze szerzej otworzył usta w prawdziwej nawale konsternacji. Nagle powrócił do słuchania. Postanowiłem teraz trochę dopiec członkom komisji. Zrobiłem to za pomocą takiego rozumowania: każdy – powiedziałem - kto sprzeciwia się zdaniu o tym, że teologia i filozofia to pokrewne dziedziny musi stanąć przed alternatywą: albo przyjmie, że encyklika „Fides et ratio” jest tekstem słusznym, a wtedy za niesłuszne musi uznać to, co robił ze mną, gdy wypowiadałem swą tezę; albo uprze się przy swoim przekonaniu, ale wtedy za fałszywy musi mieć tekst papieża.

Przypomniałem sobie szczególnie tę scenę trzy lata później, gdy kończyłem trzeci rok teologii. Właśnie wtedy te same postacie (a na pewno jedna z nich) nazwały ją „Instytutem FILOZOFICZNO – teologicznym”

 

Wtedy też słuchałem wykładów księdza, który moją tezę wyśmiał. Podczas jednego z nich, zaczął rozwodzić się nad tym, jak bardzo racjonalną religią jest katolicyzm. Że ma on mocne rozumowe podstawy, że niedopuszczalne jest ich naruszanie przez religijność czysto emocjonalną. Trudno sobie wyobrazić, by te mocne rozumowe podstawy (tylko jemu znane, żadnej bowiem nie przedstawił) nie miały nic wspólnego z logiką, metodologią, a więc z filozofią. Można by mu więc zadać pytanie: czemu podczas rozmowy kwalifikacyjnej był tak nieugięty w przeczeniu mojemu poglądowi? Czemu przeczył jej tak radośnie i lekko?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Kultura