Justyn Stolarski wspominał poprzednio rozmowę kwalifikacyjną na studia teologiczne: http://grzegorz.klicki.salon24.pl/81896,index.html
Dziś wspomina - pokrótce - same studia.
Zapraszam do lektury
pozdrawiam
G.K.
Pierwszy rok teologii wedle planu zajęć w znacznej mierze poświęcony jest filozofii. Ten plan przewiduje wykłady i ćwiczenia z historii filozofii, logiki i teorii poznania, etyki i paru innych dyscyplin filozoficznych. Pierwsze zajęcia jakie miałem na studiach teologicznych dotyczyły logiki i teorii poznania.
Na tych pierwszych „lekcjach” wykładający zakładał u słuchaczy znajomość Kartezjusza i Humea. Oczywiście nikt (oprócz mnie) nie mógł rozumieć jego rozważań, gdyż każdy pierwszy raz w życiu słyszał te nazwiska. Mówiąc to nie zarzucam niczego wykładowcy. Po prostu władze uczelni źle ułożyły czasową kolejność uczonych przedmiotów. Logika i teoria poznania powinna następować po skończeniu całego kursu historii filozofii.
Skupić się chciałbym jednak przede wszystkim na jakości tych i pozostałych zajęć. Wykładowca krytykował filozofię nowożytną za idealizm. Realizm – nauczał – ma tę wielką przewagę nad idealizmem, że tylko na jego gruncie można rozumowo uzasadnić przekonanie o istnieniu Boga. To była główna zaleta realizmu i podstawowy powód, dla którego należy się za nim opowiedzieć. Przez „idealizm” rozumiał zerwanie z realnymi bytami na rzecz dowolnego fantazjowania. Ileż to razy słyszałem, że Kartezjusz, Kant, Husserl „zaczynają od myśli” i jeżeli pójdzie się ich tropem, to jeden będzie myślał tak, inny inaczej i wszyscy będą mieć rację. Jest to oczywiście jawna wulgaryzacja idealizmu. Mimo to przekazywał te poglądy kategorycznie, jako prawdy pewne. Nie mający pojęcia o filozofii studenci nie potrafili dostrzec ich bardzo dyskusyjnego charakteru. Siedzieli, jak na tureckim kazaniu i całą tę problematykę mieli nie powiem gdzie. Nieraz na przerwie zadawali mi pytania „po co jest filozofia na teologii?”
Zadania na logice i teorii poznania, jakie stawiano studentom były na poziomie szkoły podstawowej. Sprowadzały się one do pytań w rodzaju: „jaki nurt tomizmu reprezentuje Krąpiec, a jaki Kłósak czy Mercier?” Gdy na takie pytanie padała odpowiedź na przykład „tomizm egzystencjalny”, wykładowca szturchał studenta słowami „całym zdaniem!”. Wtedy ten się poprawiał: „Mieczysław Krąpiec jest przedstawicielem tomizmu egzystencjalnego”. Wówczas nauczyciel odpowiedź zaliczał.
Faktyczna postawa wykładowców potwierdza, o paradoksie, idealizm. Ich realizm był czystą retoryką. Dlaczego tak uważam? Wbrew temu, czego mnie uczyli myśl idealistyczna nie była wynikiem widzimisię Kartezjusza czy Kanta. Była ona między innymi skutkiem dostrzeżenia tego, że świat postrzegamy zawsze z pewnym a priori. Wśród moich wykładowców rolę a priori pełnił szeroko rozumiany interes religii katolickiej. Odrzucano wszystko to, co nie potwierdzało uznanych sposobów jej „racjonalizacji”. Powiedziałem kiedyś na zajęciach z psychologii, że myśli to słowa i że zrozumieć coś to znaczy umieć sobie to coś wyobrazić. Pani od tego przedmiotu odrzuciła te sugestie nic im nie przeciwstawiwszy. Uczyniła tak, jak myślę, dlatego, że są one sprzeczne z racjami na istnienie duszy. Z pobudek religijnych ważność tych racji nie mogła podlegać dyskusji. Nie uważam dzisiaj, że te moje poglądy były słuszne. Ale prawdziwie realistyczna postawa zobowiązywała moją nauczycielkę do wskazania tych elementów rzeczywistości, które im przeczą. Jej reakcja zaś zdradziła podobieństwa z tym, co opisują idealiści: a priori (w postaci przekonań religijnych) wymusiło taką a nie inną reakcję.
Realizm należy zaakceptować, postkartezjanizm odrzucić dlatego, że postkartezjanizm niechybnie zaprowadzi do przekonania o dopuszczalności aborcji i eutanazji, powiedział jeden z wykładowców. Pogląd ten jest oczywiście bardzo wątpliwy. Nigdy nie usłyszałem podczas studiów teologicznych pogłębionych analiz etycznych tych dwóch zagadnień (jakby tego wymagało twarde trzymanie się rzeczywistości). Ich niedopuszczalność uznano dlatego, że za nią optuje Kościół. I oczywiście taka argumentacja jest zrozumiała. Z tym, że nie można jej nazwać realistyczną, czy obiektywistyczną (w znaczeniu: dotyczącą rzeczywistości). To znaczy można byłoby to zrobić, gdyby jednocześnie intersubiektywnie wiążącymi metodami wykazano, że prawda obiektywna jest w Kościele. Nie uczyniono tego jednak. Powody utożsamiania się z nim były najczęściej kulturowe (rezultat wychowania), bądź utylitarne. A przecież od czasów sofistów wiadomo, że takie powody akceptacji jakichś tez nie mogą być podstawą przekonania o ich obiektywności (realistyczności).
Jeszcze większe „żenady” miały miejsce na etyce i podczas seminarium o prawie naturalnym w filozofii Tomasza z Akwinu. Pani od etyki wychowanka tomistów lubelskich, nie potrafiła rozgraniczać porządku poznawczego od religijnego. Często powoływała się na dogmaty w celu rozstrzygnięcia jakiegoś zagadnienia etycznego czy filozoficznego. Pamiętam jej rozważania o tym, jak doskonale funkcjonowało poznanie zmysłowe u Maryji, skoro pozbawiona była ona grzechu pierworodnego. Innym razem słuchałem w osłupieniu jej rozważań, których podstawą była historyczna interpretacja opowieści o Adamie i Ewie z Księgi Rodzaju. Postacie te i to wszystko, co opowiada o nich ta księga traktowała ona jako historyczną relację. Zachwycała się zdolnościami poznawczymi i moralnymi ludzi przed upadkiem.
Znamieniem wykładowców (nie tylko od filozofii) był całkowity brak pasji poznawczej. Oni nie uprawiali filozofii (czy refleksji), by badać zagadnienia i przekazywać swoje przemyślenia, ale by „racjonalizować” przyjęte z góry tezy religijne.
Na wspomnienie zasługuje postać wykładowcy teologii moralnej. Będąc księdzem nie znał żadnych racji przeciw aborcji, eutanazji, seksu przedmałżeńskiego. Szczególnie zapadł mi w pamięć jego wykład, w którym słowem-kluczem była „dusza”. Zapytany przez jednego z dociekliwszych studentów o to, co to takiego owa „dusza” nie potrafił powiedzieć nic. Starał się przytoczyć definicję, jaką proponowali scholastycy, jąkał się cichym głosem mniej więcej tak: „dusza to forma ciała”. Na zakończenie swych wyjaśnień powiedział, że my na naszej uczelni nie uprawiamy nauki i takie definicje wcale nie są nam tak bardzo potrzebne.
Innym razem prowadząc wykład o sumieniu przedstawił takie rozumowanie: sumienie należy w sposób właściwy ukształtować przez wychowanie, są ludzie, którzy mają sumienie źle wychowane.
Słysząc to myślałem: sumienie zależy od słusznego wychowania przez np. rodziców, ale słuszność tego wychowania zależy od sumienia, bo na jego podstawie jest oceniana. Mamy tutaj czystokrwiste błędne koło. Błędności tego rozumowania nie dostrzegł nikt ze studentów ani tym bardziej sam wykładowca.
A propos studentów napiszę kilka słów na temat jednego z nich Albert Barciszewski , który będąc starszy ode mnie o dobrych parę, może nawet więcej lat, studiował o jeden rocznik wyżej, kiedy ja zaczynałem rok pierwszy on rozpoczynał drugi. Na pierwszy rzut oka człowiek ten jest ideałem, inteligentny, elokwentny, z poczuciem humoru, wyróżniał się nienagannymi manierami i ubiorem. Zresztą nie mam najmniejszego zamiaru przeczyć temu, że jest on kimś prawdziwie mądrym i dobrym. Poglądy jednak jakie wypowiadał, gdy je sobie teraz przypominam stawiają sztorcem włos na głowie. Raz pytał z oburzeniem dlaczego Wiadomości w telewizyjnej jedynce nie rozpoczynają się chrześcijańskim pozdrowieniem „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. W rozmowach nie operował logiką, ale celował w zakrzykiwaniu dyskutanta. Specjalnie nie mówię, że używał chwytów sofistycznych, ponieważ, by ich używać trzeba choć trochę zastanowić się i zrozumieć zdanie drugiego. Natomiast w pokonywaniu rozmówcy naciskiem podniesionego głosu nie ma ani jednego, ani drugiego. Polega ono na tym, że wypowiada się stanowczo i głośno zdanie o dowolnej treści bądź tylko bardzo luźno związane z tym, co powiedział drugi. Ów bardzo pewny siebie i prawie krzyczący ton działa na interlokutora tak, że zamyka usta. Następnie stosujący tę „metodę” debaty odczuwa satysfakcję z tego zamilknięcia. On stosował ten rodzaj perswazji zwłaszcza wtedy, gdy usłyszał tezy o katolicyzmie, które nie mu odpowiadały. Nie odpowiadały mu, podkreślę, już na etapie pierwszego brzmieniowego wrażenia. Nie było w tym żadnej myśli czy refleksji. Powiedziałem kiedyś w jego obecności, że przeciętny katolik wyznaje swe katolickie poglądy dzięki społeczeństwu jakiego jest członkiem. Wtedy uderzył we mnie jakby piorun: „jakie społeczeństwo!!!?, kto!!!?, Urban!!!?, Kwaśniewski!!!?”. Siła akustyczna i emocjonalna tych słów poraziła mnie tak, że nie byłem w stanie wykrzesać z siebie jednego słowa. A przecież wypowiedź ta po chwili spokojnego zastanowienia okazuje się paranoiczna. O czym ma świadczyć to, co powiedział? Jaki jest związek miedzy moim stwierdzeniem a krytyką z jaką się spotkało? Może chodziło o to, że i Kwaśniewski, i Urban choć wyrośli w katolickim społeczeństwie katolikami nie są, co ma świadczyć o tym, iż społeczeństwo nie przesądza całkowicie o poglądach jednostki? Ale w czym to przeczy zdaniu, jakie wypowiedziałem?



Komentarze
Pokaż komentarze (9)