Mniej więcej dobę temu profesor Władyslaw Stróżewski słowami - "ósmy polski zjazd filozoficzy uznaję za zakończony" zakończył święto polskiej filozofii. Do historii przeszła pierwsza duża impreza naukowa, w jakiej wziąłem udział. Choć z Mokotowa na Pragę Południe - gdzie rzecz się działa - miałem dość niełatwy, bo trwający czasem ponad godzinę, dojazd, choć pogoda była marna, choć musiałem wstawać wcześnie, to jednak zjazd ów był dla mnie udany.
Udało mi sie bowiem zrealizować plan jaki sobie postawiłem - uczestniczenie w bardzo różnych tematycznie obradach. Trzeba przyznać, że organizatorzy dali dla realizacji tego planu bardzo dobre warunki. Badacze z najróżniejszych dziedzin: od filozofii analitycznej po egzystancjalizm i filozofię indyjską zaprezentowali bogaty wachlarz problemów: od kognitywistyki, filozofii języka, przez historię filozofii, estetykę, do teologii (wykład profesora Judyckiego "Chrystologia i filzoofia).
Zjazd okazał się też sukcesem w czysto ilościowym sensie - zgłosiło się nań prawie 700 adeptów filozofii i pracowników na jej polu oraz prawdziwe tuzy. Fajnie było zobaczyć i posłuchać "na żywo" ludzi z tekstów których wchodziłem w arkana filozofii: profesora Stróżewskiego, Stępnia, Woleńskiego, Gadacza i innych.
Kilku z prelegentów zrobiło na mnie świetne wrażenie, bo - rzecz pierwsza - wykładali "z niczego", czyli z głowy, a nie odczytywali. Moim zdaniem między wykładem mówionym a odczytem zachodzi kolosalna różnica. Mówienie - układanie zdań "na poczekaniu" - oznacza, że mówiący rozumie treść, jaką porusza, w bardzo wysokim stopniu albowiem rozumienie zakłada umiejętność różnego wyrażania językiem tej samej materii. Gdy ktoś potrafi takie wyrażenie skonstruować w chwili, gdy mówi, to daje najlepszy znak tego, że tę materię naprawdę rozumie (tak mi się zdaje przynajmniej). Prelegenci ci podczas dyskusji nad wystąpieniem - taka dyskusja miała miejsce zawsze po wystąpieniu - naprawdę umieli na różne sposoby przybliżyć, sparafrazować to co mieli do powiedzenia i to sprarafrazować bardzo celnie. Muszę przyznać, że nie wszyscy wykładowcy i nauczyciele, jakich w życiu spotkałem coś takiego robić umieli.
Minusem - dającym się zauważyć podczas wszystkich dni obrad - było to, że mówcom rzadko kiedy udawało się dotrzeć do końca w swoich wywodach. Nie wiem tylko, czy uwagę tę należy skierować do organizatorów, że dali jeno 40 minut na wypowiedzenie się wykładowcom, czy też raczej samym tym wykładowcom - bo nie umieli tak podać swoich refleksji, by zmieścić się w danym im czasie. Chyba raczej to jest "wina" tych drugich.
Innym minusem było to - tak to przynajmniej odbieram -, że tytuły prelekcyj wypisane w "rozkładach jazdy", czyli specjalnych planach wystąpień, bardzo często nie odpowiadały temu, o czym faktycznie była mowa.
Minusem o czysto subiektywnym zabarwieniu, czyli wyłącznie dla mnie, było to, iż na moje wystąpienie o analogiach między filozofią Moore'a a fenomenologią nie przyszedł prawie nikt. Łącznie przyszło tylko pięć osób: mój brat, ale on z czysto rodzinnego obowiązku, mój opiekun naukowy, dwóch studentów, no i profesor Judycki (co było dla mnie zaszczytem); moje wystąpienie obyło się w ramach podsekcji metafilozofii, debatom której przewodził profesor Witold Marciszewski.
Zjazd ów wlał też we mnie trochę niepokoju, co do sensu uprawiania filozofii, jaki ja zawsze wyznawałem. Powodem dla którego zająłem się filozofią było takie pytanie: skąd mogę wiedzieć, która religia z wielu religii jest prawdziwa. Chciałem kiedyś zostać człowiekiem religijnym, ale nie wiedziałem, które wyznanie mam wybrać. Czułem, że prawdziwa może być tylko jedna religia i ja właśnie chciałem wiedzieć która prawdziwa jest. Tak pojawił się w moim życiu problem: jak poznać prawdę, co prowadzi do prawdy, czyli problem czysto filozoficzny. Zacząłem studiować filozofię na własną rękę - jako samouk, bo wierzyłem, że ona właśnie da mi tę odpowiedź. Aby poznać prawdę "studiując" filozofię zawało mi się, że najpierw muszę najgruntowniej zapoznać się ze wszystkimi szkołami myślenia. Takie zapoznanie się - mniemałem - umożliwi mi to, że będę mógł sam ocenić, która z nich przekona mnie do swej prawdziwości, a którą będę mógł świadomie odrzucić, ewentualnie zachować z niej jakąś jedną ideę, czy zwrócenie uwagi na problem etc. To postępowanie uważałem - czy może odczuwałem - za takie, które odda sprawiedliwość wszystkim stylom myślenia i co ważniejsze mój wybór jednego z nich będzie naprawdę racjonalny.
Nie potrafię się wyzbyć tych intuicji. Raz są we mnie słabsze, innym razem silniejsze. Nadal też wiara w prawdziwe rozstrzygnięcie problemów religijnych jest dla mnie jednym z głównych powodów filozofowania.
Tymczasem na Zjeździe filozoficznym usłyszałem od uczonych reprezentujących tak myślenie inspirowane Heideggerem, jak i Wittgensteinem, że prawdy obiektywnej nie ma, a jak jest to tylko taka, o jakiej mówią relatywiści (czy prawda tylko z jakiegoś punktu widzenia). Mówili - dalej - że reprezentują takie a nie inne szkoły (np. filozofię dialogu czy filozofię analityczną) bo trafili za młodu na taki a nie inny uniwersytet czy dlatego iż przeczytali na studiach takie a nie inne książki. Filozofia to żadna tam prawdodajna dziedzina tylko szkolenie się w argumentacji, albo cos w tym rodzaju. Trochę to smutne... przynajmniej dla mnie.



Komentarze
Pokaż komentarze (10)