Długie spotkanie Donalda Tuska z Lechem Kaczyńskim wywołało lawinę komentarzy. Choć nikt nie wie, o czym obaj ponowie rozmawiali, w mediach pojawiła się zawrotna ilość różnych analiz. Oto kolejna, według mnie najbardziej prawdopodobna, choć jednocześnie dziwnie nie zauważana przez nikogo, interpretacja ostatnich wydarzeń. Jeśli masz już, Drogi Czytelniku, dosyć wróżenia z fusów, przerwij czytanie w tym momencie. Jeśli jednak nie, zapraszam dalej.
Według mnie Tusk znalazł się w sytuacji dla niego wymarzonej. On o wszystkim decyduję, jednocześnie nie musząc robić absolutnie nic. Wcześniejsze wybory? Proszę bardzo, ale na moich warunkach (o tym za chwilę). Wybory w konstytucyjnym terminie? Jasne, po 2 latach w opozycji kolejne dwa nie będą wielkim problemem. Zupełnie niespodziewanie Tusk dostał od Opatrzności (lub czegokolwiek innego) najwspanialszy prezent: kłopoty z rozliczeniem finansowym PiS i możliwość utraty subwencji przez tą partię. Prezent, który pozwala rozdawać mu karty.
Oba rozwiązania (wcześniejsze wybory lub ich brak) implikują kolejne posunięcia. Trwanie rządu Kaczyńskiego oznacza rząd mniejszościowy, utratę subwencji, komisję śledczą do zbadania działalności CBA i znacze osłabienie PiS-u. Przystawki, gdy sie tylko zorientują, że wczesniejszych wyborów nie będzie, wycofają swoje propozycje reaktywowania koalicji - zbyt dużo spotkało ich upokorzeń. Przy takim rozwiązaniu Tusk i PO spokojnie czekają dwa lata, po których przejmują władzę.
Wcześniejsze wybory z kolei oznaczają wybory na warunkach Tuska. O tym, wydaje mi się, tak długo rozmawiali wczoraj z prezydentem. Warunkami tymi są: spokojna kampania wyborcza (wspominali o tym wczoraj Tusk i Kamiński), dająca PO kilkupunktowe zwycięstwo oraz koalicja z PiS-em po wyborach, z założeniem, że prokuratura i służby lądują w rękach PO. W ten sposób Tusk ma koalicjanta w ręku - komisja śledcza do zbadania działań CBA nie jest potrzebna, wystarczy spokojna praca prokuratury - a społeczeństwo ma wyśniony POPiS, do którego doprowadził Tusk. PiS też zyskuje - nie traci subwencji, kończy koalicję wstydu i walczy z układem u boku PO. Może to niewiele z punktu widzenia obecnego stanu posiadania, ale wydaje się to więcej, niż PiS może mieć po wyborach w 2009 roku.
Prezydent zdaje się rozumieć sytuacje. Chce przyśpieszonych wyborów i akceptuej warunki Tuska. Świadczy o tym spokój tego ostatniego na wczorajszej konfernecji prasowej. Ale czy tak samo widzi to Jarosław Kaczyński? Odpowiedź na to pytanie dopiero poznamy.
Zanim przejdę do podsumowania dwie kwestie wymagają jeszcze wyjaśnienia. Pierwszą jest pytanie, dlaczego PO nie poczeka na wybory w 2009 roku, mając za przeciwnika znacznie osłabiony PiS? Odpowiedź jest prosta: Tusk zdaje sobie sprawę, że przy obecnej ordynacji wyborczej szanse na samodzielne rządy są minimalne. Potrzebny będzie koalicjant, a PSL może nie dostarczyć tylu głosów, ile będzie potrzebnych. Pozostają wiec albo LiD, z którym Tusk nie chce rządzić wbrew temu, co stara sie nam wmówić Jarosław Kaczyński i jego klakierzy, albo PiS, który osłabiony i sponiewierany, może nie wejść do koalicji. W takim wypadku Tuska czeka albo rząd mniejszościowy, albo, jednak, koalicja z postkomunistami, która może być dla PO zabójcza albo, ostatecznie, cyrk, przez jaki przechodzi teraz Jarosław Kaczyński. Żadne z powyższych nie jest przyjemną perspektywą. Ponadto Tusk naprawdę chcę wykończyć Leppera i Giertycha, na co jest szansa teraz i na co może nie być już szansy później, gdyż osłabianie PiS-u wzmacnia ugrupowania wyżej wymienionych panów.
Drugą rzeczą wymagającą wyjaśnienia jest gwarancja spełnienia się scenariusza Tuska w razie ewentualnych przyspieszonych wyborów. Przecież zaraz po samorozwiązaniu sie sejmu Jarosław Kaczyński może "zapomnieć" o ustaleniach i zaatakować z furią PO. W takim wypadku, nawet przy zwycięstwie PiS-u, PO z Lid-em zawiązują koalicję (PiS nie będzie miał zdolności koalicyjnych), powołują komisję śledczą w wiadomej sprawie i wyciagają wszystko, co odzyskana prokuratura na PiS znajdzie. Totalna wojna trwa nadal. Wydaje mi się, że w takim wypadku nawet Rokita nie zrobiłby nic głupiego, gdyż zobaczyłby, że z Jarosławem Kaczyńskim po prostu nie da sie dogadać. Rozpad partii Tuskowi raczej by nie groził.
Tak według mnie wyglada sytuacja po rozmowie Tuska z prezydentem. Jeżeli Jarosław Kaczyński nie zrobi niczego nieracjonalnego, za kilka miesięcy będziemi mieli wielką koalicję POPiS. A wszystko dzięki wyszydzanemu przez wielu Tuskowi, który w odpowiednim momencie (sprawa subwencji PiS), potrafił schować urazy do kieszeni i zrobić coś dobrego dla Polski. Dzięki Tuskowi, jego wyciągniętej pomocnej dłoni (oczywiście nie bezinteresownie), PiS będzie mógł przeżyć najwięszką zawieruchę w swojej historii, a Polacy będą moglo złapać oddech po koalicji wstydu. Miejmy na to nadzieje w każdym bądź razie.
P.S. To mój pierwszy post w salonie24, wiec witam wszystkich serdecznie.
Według mnie Tusk znalazł się w sytuacji dla niego wymarzonej. On o wszystkim decyduję, jednocześnie nie musząc robić absolutnie nic. Wcześniejsze wybory? Proszę bardzo, ale na moich warunkach (o tym za chwilę). Wybory w konstytucyjnym terminie? Jasne, po 2 latach w opozycji kolejne dwa nie będą wielkim problemem. Zupełnie niespodziewanie Tusk dostał od Opatrzności (lub czegokolwiek innego) najwspanialszy prezent: kłopoty z rozliczeniem finansowym PiS i możliwość utraty subwencji przez tą partię. Prezent, który pozwala rozdawać mu karty.
Oba rozwiązania (wcześniejsze wybory lub ich brak) implikują kolejne posunięcia. Trwanie rządu Kaczyńskiego oznacza rząd mniejszościowy, utratę subwencji, komisję śledczą do zbadania działalności CBA i znacze osłabienie PiS-u. Przystawki, gdy sie tylko zorientują, że wczesniejszych wyborów nie będzie, wycofają swoje propozycje reaktywowania koalicji - zbyt dużo spotkało ich upokorzeń. Przy takim rozwiązaniu Tusk i PO spokojnie czekają dwa lata, po których przejmują władzę.
Wcześniejsze wybory z kolei oznaczają wybory na warunkach Tuska. O tym, wydaje mi się, tak długo rozmawiali wczoraj z prezydentem. Warunkami tymi są: spokojna kampania wyborcza (wspominali o tym wczoraj Tusk i Kamiński), dająca PO kilkupunktowe zwycięstwo oraz koalicja z PiS-em po wyborach, z założeniem, że prokuratura i służby lądują w rękach PO. W ten sposób Tusk ma koalicjanta w ręku - komisja śledcza do zbadania działań CBA nie jest potrzebna, wystarczy spokojna praca prokuratury - a społeczeństwo ma wyśniony POPiS, do którego doprowadził Tusk. PiS też zyskuje - nie traci subwencji, kończy koalicję wstydu i walczy z układem u boku PO. Może to niewiele z punktu widzenia obecnego stanu posiadania, ale wydaje się to więcej, niż PiS może mieć po wyborach w 2009 roku.
Prezydent zdaje się rozumieć sytuacje. Chce przyśpieszonych wyborów i akceptuej warunki Tuska. Świadczy o tym spokój tego ostatniego na wczorajszej konfernecji prasowej. Ale czy tak samo widzi to Jarosław Kaczyński? Odpowiedź na to pytanie dopiero poznamy.
Zanim przejdę do podsumowania dwie kwestie wymagają jeszcze wyjaśnienia. Pierwszą jest pytanie, dlaczego PO nie poczeka na wybory w 2009 roku, mając za przeciwnika znacznie osłabiony PiS? Odpowiedź jest prosta: Tusk zdaje sobie sprawę, że przy obecnej ordynacji wyborczej szanse na samodzielne rządy są minimalne. Potrzebny będzie koalicjant, a PSL może nie dostarczyć tylu głosów, ile będzie potrzebnych. Pozostają wiec albo LiD, z którym Tusk nie chce rządzić wbrew temu, co stara sie nam wmówić Jarosław Kaczyński i jego klakierzy, albo PiS, który osłabiony i sponiewierany, może nie wejść do koalicji. W takim wypadku Tuska czeka albo rząd mniejszościowy, albo, jednak, koalicja z postkomunistami, która może być dla PO zabójcza albo, ostatecznie, cyrk, przez jaki przechodzi teraz Jarosław Kaczyński. Żadne z powyższych nie jest przyjemną perspektywą. Ponadto Tusk naprawdę chcę wykończyć Leppera i Giertycha, na co jest szansa teraz i na co może nie być już szansy później, gdyż osłabianie PiS-u wzmacnia ugrupowania wyżej wymienionych panów.
Drugą rzeczą wymagającą wyjaśnienia jest gwarancja spełnienia się scenariusza Tuska w razie ewentualnych przyspieszonych wyborów. Przecież zaraz po samorozwiązaniu sie sejmu Jarosław Kaczyński może "zapomnieć" o ustaleniach i zaatakować z furią PO. W takim wypadku, nawet przy zwycięstwie PiS-u, PO z Lid-em zawiązują koalicję (PiS nie będzie miał zdolności koalicyjnych), powołują komisję śledczą w wiadomej sprawie i wyciagają wszystko, co odzyskana prokuratura na PiS znajdzie. Totalna wojna trwa nadal. Wydaje mi się, że w takim wypadku nawet Rokita nie zrobiłby nic głupiego, gdyż zobaczyłby, że z Jarosławem Kaczyńskim po prostu nie da sie dogadać. Rozpad partii Tuskowi raczej by nie groził.
Tak według mnie wyglada sytuacja po rozmowie Tuska z prezydentem. Jeżeli Jarosław Kaczyński nie zrobi niczego nieracjonalnego, za kilka miesięcy będziemi mieli wielką koalicję POPiS. A wszystko dzięki wyszydzanemu przez wielu Tuskowi, który w odpowiednim momencie (sprawa subwencji PiS), potrafił schować urazy do kieszeni i zrobić coś dobrego dla Polski. Dzięki Tuskowi, jego wyciągniętej pomocnej dłoni (oczywiście nie bezinteresownie), PiS będzie mógł przeżyć najwięszką zawieruchę w swojej historii, a Polacy będą moglo złapać oddech po koalicji wstydu. Miejmy na to nadzieje w każdym bądź razie.
P.S. To mój pierwszy post w salonie24, wiec witam wszystkich serdecznie.


Komentarze
Pokaż komentarze (37)