Dość zgrabnie przebieg wizyty Tuska w Dubline oddał Oranje, więc nie zamierzam powtarzać tutaj jego uwag tylko odsyłam do niego. Z mojej strony chciałbym wspomnieć tylko o jednym fakcie, dla mnie dość zaskakującym.
W pewnym momencie rozmowa z Tuskiem zeszła na tory płacy minimalnej. Wielu ludzi chciało od Tuska deklaracji, jaka będzie płaca minimalna pod jego rządami. Inaczej mówiąc, spodziwali się deklaracji o ile ją (potencjalny) premier Tusk podniesie. Tusk lekko zszokowany wytłumaczył ludziom, że ustalenie poziomu płacy minimalnej nie zależy tylko od rozporządzenia premiera, a od wielu innych czynników. Ludziom nie do końca chyba taka odpowiedź się spodobała.
Dla mnie zaskoczeniem jest, że TACY ludzie w ogóle pytają się o TAKIE rzeczy. Polski emigrant w Dublinie, zarabiający najmniej 1300 Euro miesięcznie pyta się o przyszłą minimalną stawkę w Polsce. Pomijam fakt, że wielu ludzi ma możliwość
oszczędzenia tutaj takich pieniędzy, że w Polsce mogli by spokojnie rozkręcać swoje mniejsze lub większe biznesy. Uderza mnie sam fakt, że po irlandzkich doświadczeniach Ci ludzie są gotowi wrócić i pracować za minimalną stawkę w Polsce, że w ogóle są zainteresowani tą kwestią. A gdzie jakieś większe aspiracje? Jakieś pozytywne myślenie? Według mnie, jeśli ktoś po powrocie z emigracji zarobkowej zainteresowany jest pracą za minimalną stawkę, to w ogóle nie powinien wracać.
W Irlandii jest wiele możliwości podniesienia swoich kwalifikacji. Zdobycia świetnych wpisów w CV. Zrobienia ciekawych kursów. Możliwości tutaj są przeogromne. Pracując 40 godzin tygodniowo są na to pieniądze i czas. Trzeba tylko chcieć. I pomysleć o zainwestowaniu w siebie.
Wygląda na to, że Polacy na wyspach nie myślą o takich rzeczach. Dla nich najwazniejsze jest zarobić trochę, przehulać to od razu, wrócić do kraju i znowu biedować. Polacy niewiele uczą się Irlandczyków, którzy kiedyś przeszli podobną
do naszej drogę. Smutne to.
86
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (12)