Ponieważ blady strach padł na naród po wprowadzeniu ‘ustawy o Trynkiewiczach’, że teraz będą każdego niewygodnego zamykać w psychuszkach, postanowiłam napisać notkę o moim pobycie w psychuszce, który to pobyt wspominam jako jeden z najlepszych w porównaniu do rejonowych szpitali internistycznych i innych specjalistycznych. Oczywiście nikt mi nie uwierzy, każdy będzie święcie przekonany, że androny plotę i fantazjuję, ale co tam! Ja swoje wiem i niech sobie każdy myśli co chce.
Zaczęło się w 2000 r. od remontu babci mieszkania, które trzeba było odnowić od gołych ścian. Z tą moją miopatią pomagałam ile wlezie, żeby zaoszczędzić na płacy dla robotników. Nawet w reklamówkach wynosiłam gruz. Remont trwał 4 mce. Przemęczyłam się fizycznie jak cholera – szkoda gadać co mi się z mięśniami działo. Ale się zaparłam. Wtedy lekarz coś pitolił o złej przemianie cukrów w mięśniach i ustawiał mi dietę bez cukru… eee… też szkoda gadać. Ale wtedy wzięłam sobie te ‘cukry’ do serca i zaczęłam wszystko słodzić słodzikiem na aspartamie. A nawet pożerać go łyżkami do herbaty, bo miałam smak na słodycze. Dopiero po wielu, wielu latach obejrzałam program dokumentalny jak aspartam wpływa negatywnie na psychikę i do czego może doprowadzić (nawet do panicznych lęków spożywany w większych ilościach), ale to nie temat na tą notkę.
No więc podczas remontu… śpię u babci w odnowionym już pokoju, a tu… ŁUBUDUBU w nocy tynk z sufitu odpadł i cały zwalił mi się na łóżko. No zdarza się. Ale mało zawału nie dostałam.
Potem zaczęły mnie przerażać te góry śmieci do wyniesienia po remoncie. Któregoś dnia napadła mnie babci sąsiadka, że mam nie wrzucać ich do naszego śmietnika, tylko wynosić tam dalej do drugiego. Powiedziałam, że nie mam siły tachać ciężarów taki kawał na drugie podwórko i że będę wynosić do naszego, bo prawo i administracja nie zabrania. I… nie uwierzycie Państwo… zarobiłam w łeb torebką.
Od tego momentu chodziłam chyłkiem i wypatrywałam tynków na suficie i sąsiadki, żeby znów czymś w łeb nie zarobić. W strasznym napięciu żyłam! Już nie powiem jak to pracownicy partolili robotę i zgłaszałyśmy ciągle reklamacje i końca remontu nie było widać, a ja wykańczałam się nerwowo.
W końcu zaczęły mnie dopadać straszne lęki! Głównie od tego wiercenia i zbijania tynków, glazury, rur i robienia dziur w ścianach itd. jak to podczas remontu. Zaczęłam się bać, że… babci wieżowiec 15sto piętrowy zawali się. I ten z naprzeciwka też. No tak po prostu przyszło mi do głowy, że te bloki zaczną się walić jak domki z kart. A potem zaczęłam się trząść ze strachu, że ropy naftowej na świecie zabraknie i to będzie koniec cywilizacji. No i że nie wygrzebiemy się spod gór śmieci i nie będzie gdzie nogi na świecie postawić jak sobie pooglądałam w TV jak wyglądają wysypiska śmieci pod miastami.
I tak mnie strasznie trzęsło ze strachu, że aż słabo mi było i któregoś razu jak rano wstałam, to ciemno mi się zrobiło przed oczami i nogi jak z waty ugięły się. Zatem wlazłam do łóżka i powiedziałam mamie, że tak się boję, że z niego nie wyjdę. A jak mnie będzie na siłę wyciągać, to wyskoczę przez okno – tak się strasznie boję. Naprawdę czułam straszny, przerażający lęk, że było mi wszystko jedno.
No to mama powiedziała, że idzie po psychiatrę. No to powiedziałam jej: Idź.
Poszła do psychiatrycznej przychodni rejonowej. I wróciła ze skierowaniem do szpitala, bo lekarka powiedziała, że nie przyjdzie na wizytę domową, bo ma za dużo pacjentów. Dobra. Przyjechała przewozówka. Pojechałam jak lord do Tworek.
Pierwsze badanie odbyło się na izbie przyjęć. Powiedziałam co mi jest i wyraziłam zgodę na pobyt. Przez pierwsze trzy dni leżałam na sali obserwacyjnej ze szklaną pół ścianą z dyżurką pielęgniarek. Także nawet po tyłku nie mogłam się podrapać, bo mnie ciągle obserwowały i notowały. Poważnie. Takie procedury.
Następnego dnia wzięły mnie na spytki ordynatorka – prof. Szczepkowska, a potem lekarka prowadząca – dr Ziemba. Zaordynowały Doxepin, Pernazynę i Relanium. Lęki ustąpiły po 3 dniach. Czasem jeszcze odzywały się sporadycznie w ciągu 2 tygodni, ale sporadycznie i lekko. Badała mnie jeszcze później psycholog kliniczna – dr Osińska. Wybadała, że iloraz inteligencji mam 121, co przy lekach psychotropowych jest ewenementem i bez leków prawdopodobnie miałabym ze 160. Eeee… też mi rewelacja, co za różnica?
Po 2 tygodniach dostałam przepustkę na weekend do domu. Wszystko było dobrze, ale… no… stwierdziłam, że warto jeszcze pobyć w szpitalu, bo byłam ciekawa… ciekawa tak w ogóle, czy te opisywane przez ludzi horrory, jak to biją, gwałcą i torturują ludzi w psychuszkach rzeczywiście mają miejsce. No i chciałam psychicznie odpocząć od tego remontu. Wróciłam z przepustki i powiedziałam, że straszne lęki wróciły i chcę zostać. No to pozwolili mi zostać.
Leżałam na sali 4 osobowej. Rano – śniadanko. Potem można było się wysypiać. Jak ktoś nie chciał spać, to była terapia zajęciowa z rehabilitantami. Czyli rysowanki, wycinanki, wyklejanki – tak jak w przedszkolu. Ileż to ja się tam fajnych rzeczy nauczyłam, które później wykorzystałam w pracy z dziećmi w przedszkolach… :)
Przed obiadem i po obiedzie były spacery z pielęgniarką lub rehabilitantami. Grupowe, dla tych co mieli zezwolenie. Chodziliśmy sobie po tworkowskim kompleksie – wielki park z licznymi budynkami szpitalnymi, sklepiki… robiliśmy sobie zakupy.
Co weekend jakiś oddział organizował dyskotekę lub spotkania kulturalne. Odwiedzaliśmy się grupami wzajemnie pod opieką pielęgniarek lub innych przeznaczonych do tego opiekunów. Jak ktoś nie chciał – to sobie spał w sali, albo książki czytał, bo w oddziale była biblioteka. Było też pianino… No w ogóle zwyczajne wczasy i tyle. Wypoczywałam jak lord.
Co parę dni lekarki brały mnie na kontrolę, czyli przesłuchanie jak się czuję. Mówiłam, że źle i chcę jeszcze pobyć. Pytały, co to znaczy źle. No to mówiłam, że mam lęki, żale, smutki, żyć mi się nie chce… Generalnie nie musiałam kłamać, bo rzeczywiście tak trochę było. Miałam ciężkie życie, o którym moi stali czytelnicy wiedzą z poprzednich notek i taka happy nie byłam.
Ordynatorka irytowała się na mnie i napierała, że ja mam mówić konkretnie. Bo ja tu nie przyjechałam na wczasy, tylko żeby współpracować z lekarzami celem wyleczenia. No to w końcu zaczęłam im na raty opowiadać o moim ciężkim życiu, a czas płynął.
Ponieważ byłam grzeczna, nie sprawiałam kłopotu, pomagałam pielęgniarkom i rehabilitantom w pracy ochoczo i z własnej woli, wszyscy bardzo mnie polubili, chwalili, zaprzyjaźniłam się z pielęgniarkami, w nocy, w dyżurce gadałyśmy sobie o życiu i problemach, opowiadały mi o swoich rodzinach, dzieciach, kłopotach itp., itd. – dlatego dostałam najwyższy przywilej oddziałowy: WOLNE WYJŚCIA. Czyli mogłam sobie wychodzić kiedy chciałam sama, bez opieki poza mury szpitala. Korzystałam. Chadzałam po kompleksie tworkowskim, a tam piękny park, gadałam z innymi napotkanymi chorymi, którzy też mieli wolne wyjścia, dokarmiałam z panią psycholog Osińską tworkowskie koty, bo ganiały po kompleksie stadami i mieszkały w piwnicach…
Wychodziłam też czasami do Pruszkowa. Brama kompleksu szpitalnego zawsze była otwarta dla odwiedzających. Odwiedziny rodzin były dozwolone praktycznie o każdej porze. Niby były wyznaczone godziny, ale jak ktoś przyszedł kiedy chciał, to nikt z personelu nie robił wymówek. Do Pruszkowa było niedaleko, bo dzielił tylko drugi park.
Z powodu diety przeciwalergicznej, na której wtedy byłam – mama przynosiła mi produkty do szpitala. I jeśli czegoś nie mogłam zjeść z obiadu szpitalnego, to miałam wstęp do kuchni i mogłam ugotować sobie coś sama. Kucharki też mnie lubiły, bo pomagałam im sprzątać jadalnię.
Wszyscy byli mili, życzliwi, jak się o coś poprosiło personel – zawsze usłużny pomagał… Nie to co w internistycznych szpitalach rejonowych! Dzwoni się po pielęgniarkę całymi godzinami, nie przychodzi a jak przyjdzie to taką wiąchą chamską zajeżdża:
- Czegoooo…?
W normalnych szpitalach rejonowych to takie chamstwo jedzie ze strony personelu i lenistwo, że chciałoby się nieraz w gębę przywalić jednemu z drugą. Nie to co w psychuszkach! :)
Oczywiście napatrzyłam się na przywożone przypadki trudne wśród pacjentów. Czyli takie w ostrych psychozach oneiroidalnych z całkowitym zniesieniem poczytalności. Straszne to było. Kobiety miały nieziemską siłę i nieraz trzech – czterech sanitariuszy nie dawało rady takiej utrzymać i związać w pasy. A co one bełkotały, to tylko jeden Pan Bóg wie.
Kiedyś w nocy podeszłam do takiej związanej i próbowałam nawiązać rozmowę. Phi…! Yhhh…! Szkoda gadać. Ja o gruszce, a ona o pietruszce. Ale wyrażałam zrozumienie dla niej i dużą życzliwość. W pewnym momencie złapała mnie tak silnie za piżamę i zaczęła wołać:
- Ty jesteś aniołem zesłanym na ziemię! Ty mnie uwolnisz, oswobodzisz! Kocham cię. Aniele ty mój! Nareszcie jesteś!
Jesssusss Maria jak ja się wystraszyłam! Nie mogłam wyciągnąć piżamy z jej ręki. A miała ją przywiązaną do framugi łóżka. Miała tak silne napięcie mięśni dłoni, że już myślałam, że albo spędzę noc do rana na stojąco przy jej łóżku, albo będę musiała zdjąć piżamę i w majtkach wracać do siebie.
Inna chora przyjechała w takim szale, że tylko darła się k… ch… g… Przez tydzień szalała jak tylko odwiązali ją z pasów, żeby umyć. Mało nie pozabijała personelu i chorych. Przez drugi tydzień tylko spała. A w trzecim tygodniu jak otrzeźwiała, to chodziła i wszystkich przepraszała, że narozrabiała. Zaprzyjaźniła się ze mną i żaliła mi się, że przypomniało jej się jak strasznie zwymyślała w pracy swoją szefową i ją uderzyła. I że teraz jest jej strasznie żal i boi się, że szefowa zwolni ją z pracy. Dzwoniła do niej i przepraszała. Szefowa w końcu zgodziła się nie zwalniać jej.
A jeszcze inna chora w ostrej psychozie rzuciła się kiedyś na mnie, że jej ukradłam włosy i chciała mi je zabrać. No i mało mnie nie oskalpowała. ;)))
Jednak generalnie na psychotropach w oddziale panował wśród pacjentów spokój, cisza, kultura a najczęściej błogi sen.
Ha! Gdyby wzmożonych politycznie w Polsce wsadzić na psychotropy, to mielibyśmy w kraju raj!
No dobra. Czas płynął, ja wychodzić nie chciałam, coś tam zawsze w zeznaniach lekarzom dorzucałam o moim ciężkim życiu, żalach, smutkach i lękach. W końcu po 5ciu miesiącach ordynatorka się wkurzyła i powiedziała, że mnie wypisuje, bo ja tu już choruję na syndrom choroby szpitalnej i nigdy nie poczuję się dobrze jak nie wyjdę na wolność. Nie wie co mi jest. Wpisuje mi depresję – F 32.0.
W karcie wypisowej przeczytałam, że… „W oddziale nie stwierdzono ostrej psychozy, z którą zostałam skierowana do szpitala”.
Ostrej psychozy? Eeee…? Zatkało mnie. A ponieważ matka zawsze kserowała każdą receptę, zaświadczenie, skierowanie, orzeczenie lekarskie, bo kiedyś przy sprawach sądowych lekarka sfałszowała kartę chorobową mojej siostry, więc od tego momentu matka zbierała kwity na każdego lekarza profilaktycznie, to mówię do matki:
- Daj no poczytać to moje skierowanie do Tworek, co ta wariatka z przychodni w nim nawypisywała.
Jak sobie poczytałam, to mi włos na głowie staną dęba! Że jestem bez kontaktu, że mam myśli samobójcze (chyba tą moją metaforę, że tak się boję, że wyskoczę przez okno – wzięła na serio), że nie jem, nie piję, mam ostrą psychozę no i w ogóle jeden wielki bełkot.
Naskoczyłam na matkę, jak mogła jej naopowiadać takich głupot? A matka tłumaczy mi się, że nie nagadała, tylko lekarka powiedziała, że wpisze więcej niż jest w rzeczywistości, żeby mnie do szpitala przyjęli, bo przyjmować tak za bardzo nie chcą. A chodziło o to, żeby mi jak najszybciej pomóc z tymi lękami, żeby mnie nie odsyłali od Annasza do Kajfasza. No to nawpisywała bzdur.
A w szpitalu tych bzdur nie zauważyli i wpisali tylko: „F 32.0. - Łagodny epizod depresyjny”.
I tak jest proszę Państwa w Polsce. Jeden wielki pierdolnik i każdy robi co chce. (Informuję, że wystawienie skierowania do szpitala, w którym lekarz wpisuje wnioski po badaniu chorego, bez widzenia chorego na oczy i bez jego badania – jest PRZESTĘPSTWEM zagrożonym do roku pozbawienia wolności). I jak się życia w tym kraju nie będzie traktować jak kabaretu i nie będzie się z tego wszystkiego jaj kręcić – to naprawdę można zwariować. Także zalecam luz, luz i jeszcze raz luz. A jak zamkną to się nie przejmować tylko korzystać z darmowych wczasów ile wlezie, bo W PSYCHUSZKACH FAJNIE JEST! :)



Komentarze
Pokaż komentarze (71)