Chyba śmierć na mnie idzie, bo zaczęło mi się wydawać, że życie jest piękne. :)
Od dawna próbuję zagłębić się ‘czujem’ w to coś, co jest życiem, śmiercią, duszą i wolną wolą. Najgorsze, że słów odpowiednich nie ma, żeby opisać, co ‘czuj’ wyczuł. A czuję niewiele… To pewien stan równowagi.
Gdy mamy się dobrze, zdrowo, pewnie – czujemy spokój, komfort psychiczny. Gdy coś jest nie tak – ja czuję jakby tarcie, napieranie, nacisk, odłączanie, wychylenie…
Opowiem na przykładzie z dzieciństwa, gdy śmierć zajrzała mi w oczy. Pamiętam doskonale, nanosekunda, po nanosekundzie. :)
Miałam siedem lat. Byłam w I kl. szkoły podstawowej. Szłyśmy z kumpelą chodniczkiem osiedlowym. Na jego końcu stał betonowy krąg, w środku pusty, wysokości pół metra przeznaczony do posadzenie w nim kwiatków. Ja – jak to ja – podskoczyć, bryknąć, fiknąć… rasowy koziorożec. Nie zastanawiając się - rozpędziłam się, podskoczyłam, naskoczyłam na krąg i… noga mi się ześlizgnęła. Całą siłą rozpędu i ciężaru ciała rąbnęłam mostkiem o kant betonowego kręgu.
Poczułam, że ‘gryzę glebę’ a z płuc uchodzi mi powietrze z głośnym rykiem - hhhhrrrryyy…
Wtedy czas zwolnił. Tzn percepcja czasu zrobiła się inna. Każda nanosekunda wydawała się wiecznością a mózg zaczął rejestrować bodźce, które w normalnej sytuacji ma głęboko gdzieś. Widziałam każde ziarenko piasku tego betonowego kręgu i ziemi w nim, a to wychodzące ze mnie powietrze czułam jako silną, wezbraną rzekę, której nie można zatrzymać. Rejestrowałam każde ‘hrr’. Chciałam powstrzymać, a nie mogłam – taka była silna. Nie mogłam zaczerpnąć tchu, a chciałam. Pomyślałam: „uduszę się, to już koniec”. No i ten ból. Potworny jeden wielki ból jakby był wszędzie. Jakby był ciałem zamiast ciała. A potem sino i ciemno w oczach…
Nagle coś… jakaś siła… moja siła, moja wewnętrzna siła poczuła, że musi z tego odchylenia, z tego spadku w przepaść, z tego naporu silnej rzeki uchodzącego powietrza, tego tarcia bólu… POWRÓCIĆ DO STANU RÓWNOWAGI. Do pierwowzoru zakodowanego na matrycy. Cofnąć kierunek akcji na przeciwny i powrócić do momentu wyjściowego.
I grzmotnęła! Grzmotnęła tak silnie, że zawróciła ten silny, rwący nurt uchodzącego ze mnie życia z powrotem na miejsce.
- Yyyyyyyy… chłaaap! - Wciągnęłam powietrze, a obraz świata ponownie pojawił się przed oczami. Ból, który zaciskał, miażdżył, paraliżował – odpuścił. Usiadłam. Poczułam znów ciepło w żyłach pod skórą, oczy zaczęły dostrzegać kolory. Koleżanka przestraszona położyła mi delikatnie rękę na ramieniu pytając:
- Nic ci się nie stało?
- Nieeee… - odpowiedziałam, uśmiechnęłam się zawstydzona, że taka pierdoła ze mnie i poszłyśmy dalej przez osiedle, rozmawiając sobie.
Mostek bolał. Bolał zwyczajnie jak potłuczony, trochę kłuł. Nie przyznałam się matce od razu. Dopiero następnego dnia, jak się okazało, że nie bardzo dam radę ćwiczyć na WFie. Mama natychmiast pojechała ze mną na prześwietlenie. Nic nie wykazało. Był tylko lekki obrzęk tkanek.
Po latach opowiedziałam ten incydent lekarzowi – kardiologowi – tak jak teraz tutaj. Mina mu zamarła z wrażenia. Powiedział, że przy tak silnym uderzeniu w odpowiednie miejsce – może dojść do zatrzymania akcji serca. A opisane objawy świadczą, że najprawdopodobniej u mnie na chwilę doszło.
A potem były choroby. Czułam ‘odchylenia’ od równowagi. A czasem były objawy, a odchylenia nie czułam. Np. podczas gdy leżałam w szpitalu zaskrzepiona pod samo serce. Żyły głębokie kończyn dolnych i żyłę główną dolną miałam wypakowane czopami (skrzepami) długości 2 cm i szerokości 0,5 cm. Leżałam pod pompą z Heparyną (przez całą dobę 12 kropel na minutę). Tzn kiedy leżałam, to leżałam. A najczęściej brałam pompę na stojak na kółkach i ciągnąc obok siebie, fikałam po piętrach i korytarzach szpitala przy ul. Banacha 1 w Wawie. Szczególnie nocami. A tam jest gdzie ganiać – kawał powierzchni. :)
Przyszedł któregoś dnia lekarz na wieczorny obchód. Ja już przysypiałam, bo duszności czułam. Tarmosi mnie i budzi.
- Jak się czujesz?
- Doooobrze – powiedziałam. Ciężko mi tylko oddychać.
Przychodził całą noc co godzinę i mnie budził. Myślałam, że go w końcu zamorduję. A rano zaciągnął mnie na scyntygrafię płuc, żeby sprawdzić, czy się skrzep nie urwał i nie przyblokował tętnicy płucnej, bo by trzeba było natychmiast operować.
Nie rozumiałam, po co taka nadmierna troska o mnie i niepokój? Przecież ja… NIE CZUŁAM ODCHYLENIA OD STANU RÓWNOWAGI. Nie czułam zagrożenia. Nic się nie działo. Ot zwyczajnie w żyłach siedziały sobie skrzepliny, które Heparyna rozpuszczała i tyle. Lekarze robili histerię, ciągle matkę straszyli, że nie przeżyję, że 3 m-ce życia mi zostało, matka łzy lała i chodziła jak zombi. Mówiłam jej:
- Przestań słuchać tych konowałów! Głupoty gadają! Jakie „nie przeżyję”? Nic się nie dzieje. Zrozum – ja chyba lepiej wiem ile jeszcze pożyję.
Po 3 m-cach zrobili mi Cavografię. Obraz wykazał, że organizm znalazł sobie ujście dla przepływu krwi – jakieś krążenie oboczne przez sploty około kręgosłupowe. Bo żyła główna dolna jest tylko jedna. I jak zaklei się to kaput. A tu się okazuje, że boczkami można. Tylko trzeba mieć te boczki. :)
Wtedy miałam 17 lat. I przez całe moje życie tak jest. Są straszne wyniki badań – a ja odchylenia od równowagi nie czuję. A czasem z pozoru nic się nie dzieje, a ja czuję, że się odchylam. Wtedy ta siła silnie napiera, żeby przywrócić mnie do stanu równowagi. I przywraca. Przesuwa mnie jak szafę z powrotem na miejsce. No i stawia mnie na swoim.
Pomimo, że moja świadomość od dawna chciałaby zejść z tego świata, bo jest tak beznadziejny, że patrzeć się na niego nie da, pomimo, że moja wola chce stąd iść – jest jakaś siła we mnie, która ciągle na mnie napiera i stawia mnie z powrotem na miejsce. Na miejsce życia.
Co to za diabeł?I ile jeszcze tak będziemy się trzeć i siłować? :D
A teraz ta siła wyciąga mnie z domu, żeby do Auchana po soki owocowe polecieć, bo promocja jest. Ja tu pobyczyć bym się chciała przed kompem, a ona mnie za tyłek z piernatów...
A Państwa w którą stronę ciągnie i przesuwa? :DDD



Komentarze
Pokaż komentarze (13)