Zdarza się, że dla podparcia mojego światopoglądu, przytoczę na Salonie własne cierpienia związane z chorobą i zmagania z bezlitosnym życiem. Strasznie jestem wóczas krytykowana i potępiana przez Kaczolików, że jęczę.
Swego czasu odbywałam praktyki studenckie w Zakładzie Opiekuńczo Leczniczym dla osób starych. Było tam 60 pensjonariuszy, bardzo ciężko chorych. Tylko troje było chodzących o własnych siłach. Reszta – leżących. Niektórzy pod respiratorem, codziennie mieli odsysane ssakiem wydzieliny z gardła, oskrzeli…
Przydzielono mi do opieki 3 staruszki. Dwie leżące i jedna chodząca. Ciężką pracę przy nich wykonywali pracownicy Zakładu. Ja miałam im tylko umilić czas swoim towarzystwem.
Przychodziłam codziennie na kilka godzin. Ciągle było słychać ze wsząd jęki, krzyki, wołania o pomoc…
Jedna moja podopieczna chorowała na Parkinsona. Była otyła. Całkowicie nie mogła poruszać się. Trzeba było ją nawet karmić. Karmiłam. Dzielna, odważna kobieta. Ale czasem nie wytrzymywała. Narzekała, jęczała, wyła…
Nacisk bezwładnego ciała na mięśnie powodował u niej ból. Bolało, gdy leżała, bolało, gdy siedziała…
- O Jezu, Jezu jak boli… Nie wytrzymam. Oj, oj, uuuu… - wołała.
- Już pomogę, zaraz coś wymyślimy, coś zaradzimy – odpowiadałam – Może przewrócę panią na drugi bok? Spróbujmy… Podniesiemy trochę wyżej nogi… Podłożę poduszkę… Czy chciałaby pani, żebym poszła do lekarza po środek przeciwbólowy?
Robiłam co mogłam. Czasem tylko słuchałam – nie mówiłam nic. Podejmowałam rozmowy na inne tematy, żeby odwrócić jej uwagę od cierpienia…
Była wdzięczna. Nazywała mnie aniołkiem, słoneczkiem… Czasem popadała w depresyjny nastrój, że jak skończę praktyki, to więcej nie przyjdę i to będzie tragedia…
Nigdy nie przeszło mi przez myśl, ani nawet przez gardło, żeby powiedzieć jej tak jak mnie mówią Kaczolicy:
- „Ekshibicjonistyczna kreatura… Inni znoszą cierpienia z godnością, nie jęczą tak jak ty nad swoimi zwykłymi problemami... Nie jęczą cały czas, że ich dupa boli albo świat nie rozumie… Bidula, żal mi ciebie. Cierp sobie dalej, cierpiętnico, skoro ci to sprawia taką frajdę… Co to za oryginalna próba? Wciągnąć w depresję i doprowadzić do samobójstwa kogoś, kto słucha…?” etc, etc…
Mówią niektórzy, że to co dajesz, to do ciebie wraca. Dawałam jedno, dostaję drugie. Ale to za krótki czas, by osądzać. Wiem, że to co dawałam – wróci do mnie. Miałam już kilka lat temu proroczy sen.
Śniło mi się, że byłam staruszką. Ledwo chodziłam o lasce. Mieszkałam w Domu Starców. Chyba w Rzeszowie. Takim ekskluzywnym. Czułam, że nie cierpię na niedostatek pieniędzy. Zajmowała się mną przemiła młoda dziewczyna. Joasia miała na imię.
Pewnego dnia wzięła mnie do kąpieli, nie zamknęła drzwi od łazienki i nie zasłoniła kotary przy wannie. Z korytarza zaczęły dobiegać śmiechy i kpiny dwóch dziadków natrząsających się z mojej… dupy. Że taka stara i pomarszczona…
- Bardzo panią przepraszam – powiedziała zaniepokojona Joasia – Zapomniałam zasłonić… Ach te nicponie...
- Nic nie szkodzi – odpowiedziałam z uśmiechem, bez żadnej pretensji – A niech się pośmieją. Co im odmawiać radochy w tej końcówce życia? To jedyne co im pozostało…
A potem wyszykowała mnie na spacer. Poszłam z laską na miasto rozmyślając, czy by nie zaproponować Joasi interesu? Czułam z jej strony uczciwość, sumienność i dużo ciepła. Miałam przecież jeszcze swoje, własnościowe mieszkanie. Czy zgodziłaby się na darowanie jej tego mieszkania w zamian za dożywotnią opiekę nade mną? Czy zrezygnowałaby z pracy w Domu Opieki i zamieszkała ze mną u mnie?
I tu sen się skończył. Obudziłam się. Rozwiązanie sprawy poznam… jak przyjdzie właściwa pora. :)




Komentarze
Pokaż komentarze (41)