Nawet w najlepsze i najgrzeczniejsze dzieci raz na kiedyś diabeł wstępuje i mało dorosłego nie wykończą psychicznie. Weronka dała mi dziś tak w kość, że myślałam, że jej z tyłka zrobię Salon24. ;)
Spóźniła się pół godziny na lekcję. Denerwowałam się, czy coś jej się po drodze ze szkoły nie stało, więc napisałam sms-a:
- Werciu, będziesz dziś u mnie na lekcji?
- Tak – odpowiedź po dłuższym czasie.
- A o której przyjdziesz?
- Jestem już pod klatką.
Niby z pozoru nic takiego, co mogłoby zwiastować przekorną walkę z nauczycielką. A jednak…
- Martwiłam się, że coś ci się stało, że może rozchorowałaś się… Teraz dużo dzieci i dorosłych choruje u mnie w przedszkolach… – powiedziałam, gdy weszła do mieszkania.
- Eeeee… nie… Musiałam jeszcze do Aliny wstąpić, żeby jej lekcje podać, bo nie było jej dziś w szkole.
- Mogłabyś zrobić to po lekcji ze mną, bo mnie trochę zależy na czasie. Chcę iść później na zakupy. No dobra. Choć szybko bierzemy się za matmę.
Wercia, która rozbierała się z palta powoli, zaczęła rozpakowywać tornister jeszcze wolniej. Wywaliła wszystkie bambetle na podłogę, potem zaczęła je zbierać i pakować… itd. A wszystko jak na zwolnionym filmie. Przygryzłam wargi i nic nie powiedziałam.
Gdy podeszła wreszcie do stołu, otworzyłam jej ćwiczenia. Dużo dziś miała zadań zadanych do domu. Jakieś jedno próbowała na chybcika zrobić w szkole na kolanie. Oczywiście wszystkie działania były źle.
- Hmmm… moja panno. Zerkam okiem i widzę, że musimy wszystko tu poprawić…
Zaczęłam wskazywać, gdzie wkradły się błędy i tłumaczyć jakie. A błędy były niebywałe. Jakby Weronce coś mózg wyczyściło z podstawowych wiadomości z poprzednich klas. Skróciła ułamki „na krzyż” podczas odejmowania, potęgowała ułamki mnożąc tylko licznik przez wartość danej potęgi… Kryste! Złapałam się za głowę.
Poprawiłyśmy. Robimy kolejne zadanie. Obliczanie wyrażeń algebraicznych. 6 działań.
-…a da się jeszcze ten ułamek skrócić? – zapytałam podczas pracy.
- Nie.
- No jak nie? Licznik i mianownik są liczbami parzystymi, a wiadomo, że liczby parzyste dzielą się przynajmniej przez 2. A może te dadzą podzielić się przez jakąś większą? Zobacz: w liczniku 4. W mianowniku 36. Ile jest 36 : 4 ?
- Nie wiem – pannica patrzyła mi się hardo w oczy z triumfującym uśmieszkiem na twarzy.
- Hej? A ile razy 4 żeby było 36?
- Nie wiem.
- Oj trzeba poszukać w głowie tabliczki mnożenia – zaczęłam lekko czochrać jej włoski i uśmiechać się – Gdzie ona jest? Tu, czy tu się schowała? No nie mów, że wyleciała z głowy po drodze ze szkoły do mnie.
Wercia uśmiechnęła się tym razem przyjaźnie, ale dalej uparcie nie chciała podać wyniku.
- Dobra. Skoro wyleciała z głowy tabliczka mnożenia, to liczymy wielokrotności liczby 4. Dwa razy cztery?
- Dwadzieścia – przekomarzała się z zadowoleniem.
- E tam. Osiem – odpowiedziałam - Trzy razy cztery?
- Dwadzieścia.
- E tam. Dwanaście. Cztery razy cztery?
- Piętnaście – droczyła się dalej Weronka i widać było, że jej się to podoba.
W tym momencie szlag mnie trafił. Siedzimy 20 minut a nie zrobiłyśmy nawet jednego zadania domowego.
- Panno moja. Jak będziesz takie błędy powtarzać na głos, to szybko wejdą ci do głowy, przykleją się do mózgu i zostaną na całe życie. Bo błędy i wszelkie inne złe rzeczy uwielbiają włazić do głowy a potem dokuczać człowiekowi, kiedy nadarzy się okazja. I potem będziesz pisać klasówkę i ci taki błąd wyjdzie i się go nie pozbędziesz. Będzie cię męczył do końca szkoły. I co? Jak będą wówczas wyglądały klasówki? Pokreślone przez panią na czerwono i dwója. Warto?
- To ja powiem, że to pani wina. Że pani mnie tak nauczyła – nadal diabelec robił sobie ze mnie podśmiechujki.
- Uuuuu… kochana. To ja cię więcej nie przyjmę na lekcję. Nie wpuszczę do domu. Bo to podłość! A ja z podłymi ludźmi nie chcę mieć nic do czynienia.
- No to ja sobie znajdę inną nauczycielkę.
- No to sobie znajdziesz – wzruszyłam ramionami, jakby mi wcale na Werci nie zależało - A jak się okaże taka zołza co ta wasza od przyrody, co mi opowiadałaś? I nic nie wytłumaczy, tylko nawrzeszczy?
- To sobie znajdę trzecią – odparła Wercia, jakby trochę zaniepokojona, ale nadal strugała hardą.
- A jak trzecia powie, że nie umie tych zadań wytłumaczyć, to będziesz szukać czwartej? I tak będziesz chodzić po osiedlu od domu do domu i wołać: ‘Szukam nauczycielki, szukam nauczycielki i nie mogę znaleźć, a klasówki mam jedna za drugą i same dwóje przynoszę’. No?
W tym miejscu zrobiłam wielkie oczy, bo właśnie zaczęłam przechodzić w fazę umoralniającego postraszenia dziewczynki, lecz pod nosem uśmiechałam się dobrotliwie. Bo jeśli już chwytamy się ostatecznego argumentu – postraszenia – to dla złagodzenia napięcia trzeba i uśmiech wpleść i głos przybrać pieszczotliwy w naszą grę aktorską. Ale oczy wybałuszone! Żeby było trochę groźnie! Wówczas dziecko wie, że nie mamy wrogich zamiarów, że to tylko zabawa z nutką grozy, lub poważna sytuacja z odcieniem zabawy. Zatem kontynuowałam:
- Kochana, życie jest o-kru-tne – wycedziłam przez zęby przyciszając głos – I jak się nie szanuje dobra, które człowieka spotyka, to potem los się mści i dokucza złem. Żeby człowiek miał nauczkę i potrafił następnym razem docenić dobro. Dlatego jeśli ktoś jest ci przychylny, życzliwy i stara się pomóc jak może – nie igraj sobie z nim, bo życie może ci wymierzyć nauczkę.
W tym miejscu twarz dziewczynki zmieniła się diametralnie. Puściło ją to napięcie psychiczne skłaniające do przekory. Zniknął kpiarsko-ironiczny uśmieszek. Patrzyła mi w oczy. Długo. Tak, nastało długie milczenie. Ja też patrzyłam jej w oczy, w których zaczęłam dostrzegać… lekki smutek.
Milczenie przeciągało się. A ja w tym czasie pomyślałam, że Wercia przeżyła i odreagowuje porażkę z ostatniej lekcji, którą opisywałam kilka dni temu na Salonie po lekcji z nią. Ona chyba nadal czuła, że jest „uparta i głupia” – jak wtedy sama się określiła. I chciała mi dziś pokazać przekomarzankami, że tak łatwo nie zrezygnuje z siebie. Bo:
Primo - zrezygnować z siebie, to jakby stracić twarz. Duma boli. Więc uderza się w odreagowaniu ze zdwojoną siłą, choćby robiąc sobie na szkodę. Po odreagowaniu człowiek się wycisza.
Secundo - czuła na zeszłej lekcji, że mam rację. Że nie jest „głupia”, choć dała plamę. Ta ‘plama’ zabolała ją, bo tak jakby dziewczynka skompromitowała się w moich oczach. Dziś chciała mnie złamać, bym przyznała: ‘Miałaś rację, jesteś uparta i głupia’. Przyznanie racji to poczucie wygranej. Na zeszłej lekcji poczuła, że przegrała swoim uporem. Dlatego dziś chciała sobie wyrównać. Sprowokować mnie, bym złamała się i podporządkowała jej poprzez zniżenie do jej sposobu myślenia, by mogła poczuć wygraną. Próbowała przejąć nade mną psychologiczną władzę. Nie dałam się. Nie wolno dać dziecku sprowokować się. Traci się wówczas w jego oczach szacunek.
Przerwałam w końcu przedłużające się milczenie. Stwierdziłam, że dość już tej psychodramy (technika terapeutyczna). Wyszłam z roli, w którą się wcieliłam. Zaczęłam znów być sobą – łagodną, wyrozumiałą, życzliwą, na luzie.
- Nie martw się Werciu – pogłaskałam ją po główce – Nie będzie tak najgorzej. Życie daje dużo dobrego. A ze złem można sobie jakoś poradzić. Trzeba tylko usiąść, przemyśleć i coś wykombinować.
- Ja mam dziś zły dzień – odrzekła.
- Widzę skarbie. To się zdarza. Każdemu. Ale gdy się przełamiesz i skończymy zadania, będziesz miała o jeden ciężar z pleców mniej.
Przyłożyła się do pracy. Trochę przyśpieszyła liczenie. Już się nie wygłupiała. Ciężko jej dziś szło myślenie. Musiałam przedłużyć lekcję o te „stracone” pół godziny, żeby zrobić z nią całą pracę domową. Ot cóż. Taki mój los. Na każdym kroku w ten sposób inwestuję w dzieci czas i energię. Nie upominam się o gratyfikacje za ten czas ponad normę u rodziców. Nie wypada. To moja inwestycja w przyszłość narodu, bo przecież wszystkie dzieci nasze są. :)
A po lekcji razem z moją kumpelą poszłyśmy na zakupy. Bo sklep, do którego szłam jest po trasie do jej domu. Ja z wózeczkiem, ona z tornistrem na kółkach… Jak dwie stare psiapsióły…
******
Przez ostatnie kilka lat miałam wrażenie, że moim przeznaczeniem jest pisać książki. Ileż ja tu się naobiecywałam salonowiczom, że napiszę… ojoj, ajwaj - na takie i śmakie tematy. Lecz na obiecankach się kończyło, bo ja i pisanie to taniec kulawego w balecie. Szukałam natchnienia na Salonie – czepiałam się, prowokowałam do dyskusji, wojenek. Nic się nie posunęło do przodu w pisaniu książek. Szukałam wspólnika, co by czasem mnie popchnął lub przejął pałeczkę. Z jednym zaczęliśmy pisać do spółki bajkę erotyczną. Stali bywalcy chyba pamiętają :) ? I też mi się ten wspólnik wykruszył. Straciłam nadzieję. Pogodziłam się, że nigdy nic nie napiszę.
I raptem Bóg postawił mi na drodze kumpelę – wspólniczkę. Weronkę. Kurcze jak mi się dobrze pisze po lekcjach z nią. Dziewczynka jest wyrazista, z pazurem, lecz bardzo wrażliwa i ambitna. Relacje z nią lecą jak z rękawa. A opisywanie jak po maśle.
Może poprawię jeszcze nieco słowa z Ewangelii: „Szukajcie a znajdziecie”?
Nie szukajcie. Tylko się zmęczycie. Bierzta co Pan Bóg daje, bo co ma być to i tak będzie. :)))
W dodatku zastanawiam się, czy to nie będzie tak, że ja tu Weronkę wychowuję, metody swoje zachwalam i polecam, a w przyszłości wylizie z nas para hakerskich gangsterów (w stylu Bonnie i Clyde), zrobimy z Weronką hakerski skok na główny serwer Banku Światowego, wyprowadzimy z banku całą kasę, a potem ze słodkimi minkami będziemy bronić się w sądzie:
- My niewinne…! Myśmy tylko testowały Weronki pracę magisterską z algorytmów, czy się sprawdza w rzeczywistości, co by promotor nie odrzucił… ;D




Komentarze
Pokaż komentarze (16)