Jeździ człowiek po Warszawie samochodem i żyć mu się odechciewa. Korki są takie, że można mieć prędkość kilometr na godzinę. A jak już wydostanie się z zatkanego skrzyżowania, to jedzie po jezdniach wyglądających jak kartoflisko zaraz po bronowaniu. Naprawdę, znam Pragę, Rzym, Monachium, Londyn, Paryż i dziesiątki innych miast Europy i mogę stwierdzić, że tak źle z komunikacją samochodową, jak w Warszawie, nie ma nigdzie indziej.
Innych przykładów z życia naszej Polski, podobnych do powyższego, mógłbym wskazać co najmniej kilkanaście.
Wszystkie one mają jedną wspólną przyczynę. I nie jest to żadna michnikowszczyzna, ani postkomuna, ani macki WSI, tylko POTWORNA NIEKOMPETENCJA.
Weźmy ten przykład samochodowy.
Zaczyna się od naszych ustawodawców, którzy tak ustawili prawo przetargowe, że nijak nie można szybko rozstrzygać przetargów, a cena wykonywania usługi jest decydująca (choćby za niską cenę asfalt był asfaltem tylko z nazwy).
Rządzący następnie mianują urzędników, którzy tak się znają na budownictwie i ruchu drogowym, jak K. Marcinkiewicz na bankowości.
Następnie mamy niedouczonego inżyniera ruchu drogowego, dla którego symulacje optymalizacyjne rozpływu samochodow po poszczególnych ulicach, to zadanie ponad jego siły. A wystarczy trochę pogłówkować, zamienić ruch dwustronny na jednostronny, skasować mało istotne światła, wprowadzić koordynację zapalania się świateł.
Wykonawcy asfaltu albo są potwornie niekompetentni, albo nieuczciwi. Po miesiącu od wylania czarnej mazi, z powrotem mamy koleiny głębokości kilkunastu centymetrów. Dlaczego jesteśmy jedynym krajem Unii, gdzie tak się dzieje?
Ale nie bądźmy zadowoleni, że to oni są winni. Po pierwsze my jesteśmy winni, że sobie wybieramy ludzi niekompetentnych. I nie tylko to. Spod świateł nie umiemy ruszać. W Paryżu chyba trzy razy tyle samochodów wystartuje w tym samym czasie. A u nas: jeden ruszy, drugi trochę poczeka, ruszy, trzeci... Wszyscy powinni ruszać jednocześnie!!!
Mam propozycję, aby każdy z nas zrobił sobie rachunek sumienia, czy jest kompetentny w tym, co robi: w pracy, w domu, na ulicy, w lokalu wyborczym.
Jeżeli wyjdzie, że nie, to niech się poda do dymisji, albo niech zacznie się w końcu uczyć. Inaczej to narusza V przykazanie Dekalogu (to dla Katolików), albo przeszkadza w maksymalizacji ilości naszych genów (to dla hazelhardowców).


Komentarze
Pokaż komentarze (9)