Gdybym kiedyś został Ministrem Nauki (he, he), zrobiłbym prostą rzecz- zatrudnił fachowca od organizacji badań naukowych z USA, albo od biedy z UK. Zapłaciłbym takiemu pół miliona Euro rocznie i niech rządzi. Ja w tym czasie bym sobie dalej się zajmował tym, czym się zajmuję, bo to moje hobby, a nie prawdziwa praca.
Jaki byłby z tego pożytek?
Otóż Ministrów Nauki ostatnio (Prof. Kleiber, Kurzydłowski) mamy niezłych, ale, niestety, Ich funkcjonowanie jest niezwykle utrudnione z powodu:
i) zbyt wąskiej własnej specjalizacji naukowej,
ii) otoczenia "pseudowizjonerów", jak technologia i nauka będzie wyglądać za 10 i 20 lat,
iii) nierozbijalnego muru układów i układzików, w których każdy polski Minister Nauki funkcjonował wcześniej i będzie funkcjonował po skończeniu kariery ministerialnej.
Amerykanin lub Anglik nie będzie miał takich problemów.
Trenerzy sportowi z zagranicy już są na porządku dziennym. Najwyższy czas na coach'ów polskiej nauki proweniencji światowej.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)