521 obserwujących
825 notek
2900k odsłon
  8798   0

Z Czesławem w klapie

W rzuconym gdzieś dla żartu żądaniu, by lotnisko w Gdańsku przemianować na: „pod wezwaniem Czesława Kiszczaka” – choćby i nawet rzuconym w złej intencji – jest sporo racji. Nasz „bohater” narodowy co rusz oświadcza, że on miał koncepcję, której nikt nie rozumiał, a koledzy, na których donosił, i których nic nie warte (jego zdaniem) życia łamał, nie rozumieli jej w szczególności, i to jest jest święta prawda. Z tym uzupełnieniem, że owej „koncepcji” również i nasz bohater nie rozumiał i nie rozumie do dziś, bo ona była nie jego, ale generała Kiszczaka właśnie. Problemat generała Kiszczaka w realizacji koncepcji był kadrowy, a więc leninowski: „kadry, kadry, kadry”! Generał Kiszczak do stawania na czele buntów robotniczych się nie nadawał, bo – jak wspomina jego małżonka – był człowiekiem w gruncie rzeczy skromnym, i jeśli lubił bale to tylko  te, na które zapraszano aktorów i aktorki, żeby odgrywali za żarcie, wódkę i fajki role lepszego towarzystwa. Wiec robotniczy to co innego.

     Rzecz jasna zawsze pozostawała jeszcze kwestia wiarygodności: „A gdzie ty, Czesław, robiłeś w czterdziestym piątym? A w pięćdziesiątym trzecim?” Kłopot! Czesław Kiszczak, w odróżnieniu od jego psów, był typem samotnika; dzisiaj młodzież mawia na takich „nerd”: chodzi, coś tam sobie mruczy pod nosem, uśmiecha się uprzejmie, a jak coś wymyśli, to cała dzielnia wymięka. I wymiękała. Nawet jego równie co Lech udany i znany produkt – Wojciech „Wolski” Jaruzelski, którego prowadził niczym trener Klopp swoje największe gwiazdy, nie nadążał intelektualnie.

Generał Kiszczak miał do wykonania dwie rzeczy, w ramach ogólnych „prac remontowych” obozu, który to obóz nie sprawdzał się ekonomicznie (nie dodawało się) i było kwestią czasu, kiedy zamieni się w coś, co dzisiaj możemy oglądać w Phenianie. Ale w Phenianie nie pamiętali залов дворца,w kontraście do wstydliwego miejsca za stodołą, więc mogli sobie pozwolić na fanaberie. Generał Kiszczak, podobnie jak jego koledzy z Moskwy, Budapesztu, Bukaresztu, Pragi, nie za bardzo chciał Phenianu, i nie chciał sobie pozwolić na fanaberie.

Wróćmy do wspomnianych dwóch rzeczy: pierwszą było odsunięcie od władzy aparatu partii komunistycznej i przejęcie tej władzy przez struktury najmniej narażone na „odchylenia dymokratyczne”, a więc elwupe. Ponieważ obalanie władzy rękami elwupe (jak duzo później w Rumunii) wymagałoby od cholery ekwilibrystyki (hasła antymoskiewskie, armia z narodem, rozstrzelanie Edwardów, nie żyje - niech żyje!), więc do walki z partią trzeba było użyć robotnika. Dany robotnik jednak charakteryzuje się pewnego rodzaju brakiem rozbuchanego indywidualizmu, choć bywa w sposób łzawy podatny na uniesienie się honorem, słowem: potrafi być prawy, co rzadziej przytrafia się intelektualistom*.

I rzecz druga, to jest taka, że w każdej szajce, w tym w partii komunistycznej, szanuje i poważa się dawnych towarzyszy walki, kiedy to odwaga kosztowała. Więc drugim etapem jest etap wynagradzania towarzyszy broni i ich potomków apanażami w nowej rzeczywistości, innymi słowy: przejęcie nowej bazy przy pomocy starej, choć przeflancowanej, nadbudowy.

Wróćmy jednak do kadr, po ustaleniu celów. Znalezienie kogoś, kto zrealizowałby koncepcje, której nikt nie rozumiał, nie było łatwe. Musiał to bowiem być ktoś, kto: był idiotą, a więc nie był w stanie wyklepać przy wódce, bo nie był w stanie pojąć do końca, o co chodzi; idiotą cierpiącym na nieczęstą przypadłość całkowitego braku empatii przy jednoczesnym zupełnym braku zrozumienia dla jakiejkolwiek etyki, i przy potwornie wybujałym ego; idiotą pozbawionym uczuć wyższych, więc nie narażonym na pęknięcie przed jakimś krzyżem czy Ojczyzną. Potrafiącym ponad to wykorzystać bez żadnych skrupułów świętości innych dla zaspokojenia swoich ograniczonych w końcu, bo fizjologicznych, potrzeb. Takie narzędzia nie rodzą się na kamieniu i nie przypadkiem. Trzeba było znaleźć całkowicie zdegenerowane środowisko i człowieka, który z niego pochodził, oraz takiego, który się już wykazał.

Wici poszły po linii służbowej, a więc w pierwszej kolejności kanałami elwupe, w drugiej po linii partyjnej. Był, znalazł się - diament. Wystarczyło oszlifować. I wesprzeć; dać mu to, o brak czego zazwyczaj rozbije się każdy prymityw – plecy całego aparatu państwowego; pomoc wszystkich aktorów i aktorek udających dla żarcia, wódki i papierosów dobre towarzystwo, wsparcie intelektualistów, którzy powinni żyć w beczce*, a mogli żyć naprzemiennie w Warszawie, Paryżu, bądź od czasu do czasu w celi w celu zalegendowania, ale nawet jeśli, to w celi z telewizorem.

         I tak powstał ten dziwaczny twór, zwany jako czeciaerpeerel, w którym dokonała się konwergencja udanego zakonserwowania struktury społecznej walonkarzy, ich aktorek i aktorów oraz intelektualistów z – w pewnym sensie udaną – parodią kapitalizmu. Z parodią, bo kapitalizm był etapem w ekonomii narodów, kiedy to dokonał się skok, a to dzięki nieznanym wcześniej mechanizmom potęgującym i przyspieszającym obrót i wzrost, o czym kiedy indziej. Tu też tak było, ale nie dotyczyło to ekonomii narodu, ale ekonomii towarzyszy. Trwało na tyle długo, by towarzysze otrzymali obiecaną nagrodę, a „ch... precz”, jak pisał klasyk. A potem... Potem przenieśli się do cieplejszych destynacji, część na łono Abrahama pozostawiając zstępnych zasiedlających szeregową zabudowę Miami. Pozostała masa do zagospodarowania. Kto ją zagospodarował i czemu zawdzięczamy bajkowy okres lat dziewięćdziesiątych i pierwsze dziesięciolecie XXI wieku, wliczając ostatnie lata naporu i przełomu... o tym stopniowo. Najpierw powoli, jak żółw ociężale...

Lubię to! Skomentuj139 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale