521 obserwujących
825 notek
2900k odsłon
  7083   0

O litościwy wymiar dżizji w Europie

Oczekiwanie od głowy Kościoła Powszechnego, by brała udział w historii „tego świata” zgodnie z jego regułami sprowadza na oczekujących nieuchronne, palące uczucie zawodu.

Oczekiwanie od głowy Kościoła Powszechnego, że ostatecznie odda się intelektualnym orgiom „post-post-posternizmu” i zanurzy w lepkich nurtach odmian nowych pseudo-filozofii: „coż-to-jest-prawdyzmu”, „wszystko-jest-względyzmu”, „co-by-tu-zajaraćyzmu” i „w-końcu-chodzi-o-kasęyzmu”, by wymienić dominujące, dzięki czemu zapomni (owa głowa), że Kościół Powszechny ma swoje ziemskie oblicze i jest ufiksowany również i w ludzkiej historii, napotyka na niespodziewane gesty, a z takim mieliśmy do czynienia w czasie ostatniej Liturgii Wielkiego Czwartku.

Polacy są narodem wybitnym i w granicach owej wybitności celują w produkcji największych znawców „czegokolwiek-to-bądź”, nie wyłączając teologii, historiozofii i wszelkich nauk pokrewnych, powinowatych, a również i tych mających się nijak do tematu. Produkty, tuż po geście wykonanym przez JŚ Franciszka wobec muzułmanów w Wielki Czwartek, zapałały oburzeniem i zawezwały do krucjaty, a więc do zrobienia muzułmanom „kęsim” i do „futrowania totalnego”.

Zapomniały, że o ile ich wezwania są odbierane ze zrozumieniem w Ojczyźnie, o tyle w Europie Zachodniej są odbierane opacznie: jako wrogie, a nie przyjazne. Zwolennicy krucjat, jako reakcji na „rzeź niewiniątek” są w krajach Zachodu w zdecydowanej mniejszości, co mogliśmy wszyscy oglądać na ekranach telewizorów. Belgia, jej warstwy rządzące, dokonały aktu klasycznej bezwarunkowej kapitulacji połączonej z leżeniem na grzebiecie i posikiwaniem się, czego wyrazem był zakaz masowego, publicznego okazywania braku strachu. Zamiast tłumów Belgów okazujących brak strachu mogliśmy oglądać nie niepokojone, nieduże  wycieczki islamistów sycących oczy miejscem, gdzie dokonano udanego zgwałcenia „terytorium Szatana” i uśmiercenia jego sług, oraz grupki neo-marksistów-żałobników, którzy to neo-marksiści-żałobnicy łkali nie nad duszami ofiar, jako że w ich istnienie nie wierzą, ale nad oczywistym faktem wejścia w ostatni etap transformacji cywilizacyjnej: od Christianitas, przez ‘izmy” i neo-izmy”, do kalifatu.

Nie jest do końca prawdą, że neo-marksiści, nazywający się czasami dla kamuflażu „liberałami”, są zasmuceni nadchodzącą erą kalifatu, jako że w ich rozumieniu przyczyniają się jedynie do realizacji „obiektywnych praw rządzących historią”, a jeśli te zawierają „etap kalifatu”, jako etap niezbędny na drodze do ostatecznego wyrwania wrośniętych w europejską glebę korzeni ewangelicznych nauk, to trzeba się im podporządkować, a szkody w mieniu i materiale ludzkim traktować po marksistowsku, a więc z obojętnością.

Tuż po nadejściu ery kalifatu, tradycyjnie już zresztą, czego dowodów doświadczyliśmy aż nadto czy to w okupowanych przez sowietów Wilnie i Lwowie po 1939 roku, czy to po nadejściu „wyzwolenia” w latach 1944 i 1945, liberałowie przeflancują się na nomenklaturę niższego szczebla i funkcjonariuszy ich zdawałoby się zagorzałego wroga, tym razem kalifa w miejsce komisarza ludowego, zapiekle realizując akcję eksterminacji „kochających-inaczy” i „nieobyczajnych” w pierwszej kolejności, na podstawie akt zgromadzonych w urzędach stanu cywilnego (co będzie traktowane w kalifacie jako dowód i przyznanie się do winy).

Z katalogu ostatnich wydarzeń zapamiętam zabawne starcie pomiędzy nacjonalistycznie nastawioną, absolutną mniejszością, a pozostającą w większości nomenklaturą neo-marksistowską na jednym z głównych brukselskich placów. Otóż mniejszość rozwinęła obraźliwy (dla terrorystów) w treści baner, na co zareagował funkcjonariusz międzynarodówki krzycząc regulaminowo „no pasaran!” i usiłując dokonać czynnej napaści na ów baner. Po czym dostał (ponownie regulaminowo) w przysłowiową „glacę” (i to nie z „plaskacza”) a następnie zaległ zastygając w chwilowym bezruchu z tą fantastyczną miną istoty, która dostrzegła bolesny rozziew pomiędzy wyznawaną teorią a praktyką.

Ale to było jedynie zabawne, ale nie prorocze, jako że nadejścia kalifatu w Europie Zachodniej nikt nie jest w stanie powstrzymać*. Nacjonalistycznych ksenofobów i kiboli jest zbyt niewielu, choć ci akurat mogliby spróbować, a poza tym (do diaska!) dlaczego mieliby dać sobie odpiłować głowę, urwać nogę a nawet rozerwać na strzępy w obronie (uwaga: uproszczenie, choć wcale nie aż tak daleko idące) prawa neo-marksistów do kontynuowania powszechnej poruty i zbydlęcenia? Czyż nie jawi się jako rzecz oczywista i sprawiedliwa, by  owi neo-marksiści i zwiedzeni ich syrenimi pieniami idioci i idiotki, zwący się dla zamulenia obrazu liberałami, zakosztowali rehabilitacji i pobrali lekcję realizmu politycznego z rąk administracji kalifa? Czyż nie byłoby fascynujące zobaczyć, ilu to męczenników i męczennic przyniesie opór wobec praw szariatu krępujących rozwiązłość seksualną? Ilu to polegnie w obronie burdeli i kin dla „dorosłych”? Ile pomników wzniesiemy rozstrzelanym obrońcom prawa do rozwodów, a ile tablic poświęcimy (hmmm...) niezłomnym anty-religijnym bluźniercom? Czy powstanie partyzantka racjonalistyczna?

Lubię to! Skomentuj116 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale